GRY
trwa inicjalizacja, prosze czekac...

środa, 2 lipca 2014

You & I - rozdział III



                      Przez cały szkolny dzień próbowałem robić wszystko, by Katy zwróciła na mnie uwagę, a jej rozwścieczone oczy ponownie rozbłysnęły tym samym blaskiem co zwykle, a kąciki ust uformowały się w ten uśmiech, który tak uwielbiam. Nic nie skutkowało. Robiłem głupie miny, specjalnie wymyślałem zabawne odpowiedzi na pytania nauczycieli, mimo to, że znałem poprawne, usmarowałem sobie pół twarzy masłem orzechowym i nawet podłożyłem nogę jej znienawidzonej nauczycielce przez co wysłano mnie w finale do dyrektora Pittsa. Wszystko na marne. Za każdym razem, kiedy się do niej uśmiechnąłem lub chociaż spojrzałem, spotykałem się z jej wzrokiem, którym ewidentnie próbowała mnie zabić. Oh... śmierć z rączek mojej księżniczki jest niczym istny dar od losu. Zauważyłem, że się przebrała. Miała na sobie pastelowo różowe spodnie od dresu oraz pasująca do nich bluzę na suwak, spod której wystawał fragment jej białego t-shirtu. Wyglądała uroczo. Przecież to Katy! Ona już ma tak z natury... że jest urocza. „Jest urocza i już. O ile „urocza” to nie nazbyt ubogie słowo w przekazie by określić jej jestestwo. Tak „urocza” jest zdecydowanie zbyt płytkie do tego, by ukazać jej anielskość. Tak... anielskość, kruchość oraz siła, która stoi za kruchością tej istoty jest rozczulająca. O rany! Horan! Gadasz jak jakiś Nobel czy inny Einstein!” - wykrzyknąłem z samozachwytem. Wtedy właśnie zorientowałem się, że od jakiegoś czasu zdziwione oczy całej klasy łącznie z nauczycielką matematyki zwrócone były w moją stronę. Nie rozumiałem o co im wszystkim chodzi. „Pewnie to ktoś z ostatniej ławki coś zrobił...” - pomyślałem i obróciłem się za siebie... a tam? Bęc! Za mną nie siedział nikt, bo to ja byłem w ostatniej ławce! Teraz to już było pewne, że przez jakiś czas mamrotałem sam do siebie na głos i wszyscy, dosłownie wszyscy WSZYSTKO słyszeli.
- Niall... ale pojechałeś stary... - szepnął Tomlinson po czym wybuchnął śmiechem, a wraz z nim reszta osób siedzących razem ze mną w tym pomieszczeniu.
- Spokój! - próbowała ich przekrzyczeć nauczycielka – Proszę o spokój! - ponownie wrzasnęła, ale nikt nie zwrócił uwagi. - Cicho! - uderzyła dziennikiem o biurko. Nagle głosy i śmiechy zaczęły cichnąć, a wewnątrz zapanowała niepokojąca, głucha cisza. - Panie Horan. - zaczęła – Nie mam pojęcia czemu miały służyć te wywody. - usiadła na brzegu ławki – pragnę ci jedynie przypomnieć, ze znajdujesz się w klasie, na mojej lekcji, piszesz test sprawdzający twoją wiedzę – mówiła wolnym, łagodnym tonem – więc zajmuj się proszę testem, a nie wygłaszaniem jakiś sonetów bo to nie jest żadna opera mydlana, tylko szkoła! - wrzasnęła ni stąd ni zowąd.
- Przepraszam... - posmutniałem jeszcze bardziej. - Dostałem rolę w takiej jednej sztuce pod tytułem „I love my Potatos” i tak mnie jakoś natchnęło na szybkie przećwiczenie roli. Przepraszam. To się już nie powtórzy. - przesłałem jej wymuszony uśmiech i powróciłem do sprawdzianu. Z jednego się tylko cieszyłem, że Katy nie ma teraz lekcji ze mną.
Kiedy czas przeznaczony na pisanie minął, oddałem kartkę i wyszedłem z klasy. Nie musiałem długo czekać, aż reszta moich przyjaciół za mną przybiegnie.
- Jak wam poszło? - zapytałem jak gdyby nigdy nic.
- Dobrze. - uśmiechnął się Liam wyjmując z torby butelkę z niegazowaną wodą mineralną po czym odkręcił zakrętkę i wypił zawartość do dna.
- A ta przemowa na matmie była na temat Katy. Zgadza się? - zapytał Styles bacznie się mi przyglądając.
- No a jak myślisz? - przesłałem mu spojrzenie pełne wyrzutów, że w ogóle ośmielił się poruszyć tenże temat. Chociaż swoją drogą, gdyby on tego nie zrobił, to pewnie ja po chwili sam zacząłbym nawijać jak najęty.
- Niall kiepsko jest. - westchnął Tomlinson.
- Czemu? - zapytałem patrząc się gdzieś w sufit.
- Bo już nawet nie mam sił ciskać w ciebie moją niewybredną ciętą ripostą. - położył dłoń na moim barku, z miną na twarzy, jakby składał mi kondolencje.
- Odpuść sobie. - odparłem zrezygnowany.
- Gadałeś z nią dzisiaj? - zapytał Payne.
- Nie, no co ty. - rzekłem półgłosem.
- Dlaczego? - zdziwił się.
- Bo ona nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Jestem kołkiem i tyle w tym temacie. - wkurzyłem się.
- No proszę cię. Kobiety są proste w obsłudze. Musisz tylko pamiętać o tym, że zawsze na każdym kroku musisz prawić jej komplementy, przepuszczać w drzwiach, zwracać uwagę na jej strój i dopuszczać ją do głosu, chociażby nie wiem jak nudna była, bo to się w końcu opłaci, jeśli wiesz co mam na myśli. - wyszczerzył się i zafalował brwiami – Takie na ogół nieistotne pierdoły, a kobiety się rozpływają. Musisz pamiętać o tym, żeby nie dawać jej siebie od razu na tacy. Bądź też trochę obojętny. Na początku ją rozpieszczaj, spraw aby przyzwyczaiła się do twojego szarmanckiego podejścia, a nawet uzależniła od niego, a potem zignoruj ją jeden raz, drugi, aż w końcu zatęskni i przyjdzie do ciebie na kolanach. Będzie twoja. Wiem co mówię. - stwierdził z samozachwytem.
- Mógłbym tak zrobić, gdybym był zimnym draniem. Nie mam zamiaru uzależniać od siebie Katy, ani traktować jej tak przedmiotowo, jakbyś zrobił to ty. Ja chcę tylko być jej przyjacielem, powodem dla którego się uśmiecha, chcę by wiedziała, że zawsze będę przy niej bez względu na to co się wydarzy lub co od niej usłyszę. Chcę żeby wiedziała, że ją kocham, nawet jeśli ona kocha kogoś innego. Nie będę miał z tym problemu, dopóki będzie szczęśliwa. - rozmarzyłem się. Zapanowała niezręczna cisza, którą po chwili przerwał Liam.
- Niall... - szepnął.
- Co?! - wyburzyłem.
- Stoisz na środku korytarza. Katy chce przejść. - dodał. Osłupiałem.
- Yyy... t-tak, tak, jasne. - przesunąłem się. Moje ruchy były nienaturale, spięte.
- Idź! - warknął półgłosem Styles i wskazał mi ręką dziewczynę, która się właśnie od nas oddalała. Posłuchałem. Co mi szkodziło.
- Katy! - zawołałem. - Katy! - krzyknąłem ponownie, kiedy dziewczyna mnie zignorowała. Wziąłem głęboki wdech i pobiegłem za nią. Udało mi się ją szybko dogonić. - W końcu cię złapałem. - szczerze się ucieszyłem.
- Stało się coś? - zapytała unosząc lewą brew ku górze.
- Nie, nic, ale chciałem ci powiedzieć, że ślicznie dzisiaj wyglądasz. - uśmiechnąłem się. Czułem jak palący rumieniec oblewa moją twarz.
- Biegłeś za mną tylko po to, żeby mi to powiedzieć? - zirytowała się troszkę. - Mam na sobie strój sportowy, bo nie wiem, czy pamiętasz, ale przez ciebie na mojej bluzce wylądował kubek z kawą.
- Przecież wiesz, że nie chciałem. Nie zrobiłbym umyślnie czegoś takiego dziewczynie, która... - nagle odebrało mi mowę. Zagalopowałem się.
- Która co? - zaciekawiła się Katy.
- Która jest taka fajna. - palnąłem bez zastanowienia.
- Nie znasz mnie. Nie wiesz, czy jestem fajna, czy może jestem seryjnym mordercą w przebraniu nastolatki. - odparła mierząc mnie wzrokiem.
- Jesteś zbyt urocza na to by nim być. - ponownie się do niej uśmiechnąłem.
- Niall do rzeczy, błagam. - przewróciła oczami.
- Do rzeczy? - zapytałem ze zdziwieniem.
- Tak. Powiedz mi co jeszcze chcesz ode mnie. - poprosiła zatrzymując się pod swoją szafką na końcu korytarza, z której wyjęła jakąś książkę.
- To twoja lektura? - zaciekawiłem się.
- Naill, streszczaj się. - upomniała mnie ponownie.
- Okay. Nasz wypad jest nadal aktualny? - zapytałem.
- Jaki wypad? - zmarszczyła brwi.
- No do projektu. - wyjaśniłem.
- To tylko zadanie. - wzruszyła ramionami. - Okay. I tak musimy to zrobić więc wpadnę do ciebie. - rzuciła i poszła w sowim kierunku.
                         Niczego nie rozumiałem. Wczoraj była taka słodka, kochana i miła, a dzisiaj? Zachowuje się jakbym udusił jej kota czy inną papugę, a potem ugotował i zjadł nie zapraszając jej na ucztę. Tak wiem, kiepskie porównanie. Katy dzisiaj była oschła i nieuprzejma. Nie zasłużyłem na aż tak nieprzyjemne traktowanie. Nic takiego przecież nie zrobiłem. Chciałem tylko ją przeprosić, fakt, poplamiłem jej ubranie, ale to nie było tylko i wyłącznie moja wina. No nic. Mimo to uważam, że jest jedyna w swoim rodzaju i nie mogę się doczekać na naszą wspólną naukę. Kocham ją.
- No i jak? Stoisz tu już od dobrych pięciu minut, a ona sobie poszła. - zauważył Louis podchodząc do mnie z resztą chłopaków.
- Nijak. - wymamrotałem. - Ładnie ją przeprosiłem, powiedziałem, że ładnie wygląda, słuchałem co ma mi do powiedzenia, nawet zapytałem o książkę, którą teraz czyta bo chciałem jej pokazać, że mnie to interesuje co się z nią dzieje. A ona? Ona nic. Gadała ze mną jak z intruzem.
- No proszę ktoś tu się jednak stosuje do moich rad. - zaśmiał się Styles.
- Tak jakoś wyszło. Widzimy się dzisiaj po szkole. I słowo, że jeśli będzie w takim samym humorze jak teraz, to obiecuję, że mimo to, że ją kocham, to zakopię ją pod pierwszym, lepszym drzewem. - uderzyłem pięścią w jej szafkę.
- Nie poznaję cię. Stary... - zmartwił się Liam. Jak zwykle. Liam zawsze się o wszystkich martwił i jeśli mam być szczery, to gdybym miał jakiemukolwiek facetowi odstąpić Katy, to właśnie jemu, bo miałbym pewność, że ją uszczęśliwi i nigdy za nic w świecie nie doprowadzi jej do łez.

                        Po szkole jak zwykle udałem się prosto do domu. Pokonałem drogę od werandy, przez długi korytarz aż do kuchni, gdzie czekał już na mnie pyszny obiad, niemalże w biegu. Rzuciłem plecakiem w kąt w kuchni, przez co usłyszałem zbulwersowane chrząknięcie mojej mamy. „Wezmę go idąc na górę” - odparłem i zabrałem się za pałaszowanie. Byłem strasznie głodny – jak to ja. Jedzenie wypełnia moje życie.
- Skarbie... - zwróciła się do mnie ciepło mama siadając naprzeciwko mnie na taborecie, który przestawiła spod okna do stołu, aby byś bliżej mnie. - Wszystko dobrze? - zapytała, a ja kiwnąłem twierdząco głową. - Jesteś jakiś blady. Nie boli cię czasem głowa, albo nie przeziębiłeś się? Mówiłam ci, że już najwyższa pora się cieplej ubierać. - usłyszałem.
- Nic mnie nie boli z wyjątkiem serca. - odparłem odkładając na bok prawie pełny talerz zupy. Nagle straciłem apetyt.
- Serce? Tego nie wolno lekceważyć! - zmartwiła się nie na żarty. - Ubierz się, pojedziemy do doktora. Musi cię przecież przebadać.
- Mamo, ja nie w tym sensie. - uśmiechnąłem się do niej blado. - Ach, miłość boli. - westchnąłem i oparłem łokcie o stół tym samym podpierając głowę dłońmi.
- Kate? - zapytała z troską.
- Katy! - wrzasnąłem aby uzmysłowić jej, że nie wolno bezcześcić jej pięknego imienia jakimś tam pospolitym „Kate”.
- Niall, uważaj do kogo mówisz. Myślisz, że masz przed sobą Louisa? - zapytała marszcząc brwi.
- Przepraszam mamo. - westchnąłem. - Mam dzisiaj słaby dzień. Katy jest na mnie wściekła. Ona ma mnie za gbura. Rozumiesz? - spojrzałem głęboko w jej oczy.
- To niemożliwe. - pokiwała przecząco głową. - Chyba oszalała. Ta dziewczyna jest głupia, skoro ma o tobie takie zdanie synku. - uśmiechnęła się do mnie ciepło. - Zwyczajnie nie jest „tą jedyną”. Znajdziesz jeszcze kiedyś kogoś, kto cię pokocha tak mocno jak tylko na to zasługujesz.
- Chcę tylko jej. Czy ja serio jestem aż taki straszny? - zapytałem z miną zbitego psa.
- Jesteś wspaniały – wstała od stołu i podeszła do mnie, po czym mnie do siebie przytuliła. - Mój kochany, przystojny, zabawny skarb. Kocham cię. - musnęła moje czoło.
- Ale ona nie. - wzruszyłem ramionami.
- Jeśli jest ci pisana, to też cię kocha, ale jeszcze o tym nie wie. - ponownie musnęła moje czoło, po czym wyszła z kuchni. - Dokończ obiad. - rzuciła z korytarza.
- Nie mam ochoty. - wzruszyłem ramionami i również wstałem od stołu, po czym sięgnąłem po mój plecak i udałem się do pokoju, w którym będąc ponownie cisnąłem nim w jeden czterech kątów pomieszczenia. Już miałem sięgać po gitarę – jedyną odwzajemnioną miłość, którą jest mi dane zaznać w moim nędznym życiu – aż tu nagle usłyszałem wołanie mamy. Bez chwili namysłu wybiegłem z pokoju i ruszyłem w dół schodów. Znalazłem się w salonie.
- Jesteś. - uśmiechnęła się do mnie mama. - Masz gościa. - dodała. Ta zapowiedź była zbędna bo postać Akerly zauważyłem już będąc na samym progu.
- Cześć. - rzuciłem z chłodem.
- Hej – uśmiechnęła się.
- Nie masz dzisiaj deski? - zapytałem próbując jakoś miło zacząć naszą rozmowę.
- Deska odpoczywa. - zaśmiała się.
- Fajnie. - wzruszyłem ramionami. - To idziemy? - zapytałem.
- Jasne. - odparła i podniosła się z kanapy na której jak dotąd siedziała. - Dokąd mnie zabierasz?
- Do lasu. - rzuciłem wychodząc z salonu i kierując się w stronę drzwi wyjściowych obok których znajdowała się moja kurtka, którą na siebie zarzuciłem i otworzyłem dębowe drzwi przepuszczając ją w progu. Jakoś ciężko jest mi sobie wyobrazić nasz wspólny dzień.
   ***Katy***
                         Będąc pod domem Horana ponownie poczułam ten dziwny niepokój przed przekroczeniem progu. Nie wiem, co może mnie za nim czekać. Jeśli jakiś psychopata – mam na myśli tego blondyna – wyskoczy zza drzwi i wymierzy ciastem prosto w moją twarz, lub co gorsza młotkiem! Po nim można się wszystkiego spodziewać. Dzisiaj rano mało brakowało, a zdrapywaliby tłustą plamę, która by po mnie została ze szkolnego chodnika. Grunt, że mojej deskorolce nic się nie stało, bo Horan zostałby bez zębów. Wczoraj byłam do niego w miarę przyjaźnie nastawiona, ale dzisiaj zrozumiałam, że będąc w jego towarzystwie powinnam chodzić w pancerzu ochronnym. Chcę tylko tam wejść, iść z nim gdzie mam iść i szczęśliwie w JEDNYM kawałku wrócić do domu.
                         Kiedy nie było już odwrotu, gdyż zadzwoniłam na dzwonek, a jego mama mi otworzyła, weszłam do środka. Nigdzie nie widziałam Horana. Zaprowadzono mnie do salonu, gdzie usiadłam na kwiecistej kanapie. Nigdy nie przepadałam za motywami roślinnymi, ale kanapa w ich domu dobrze zgrywała się z Irlandzkim wystrojem wnętrza. Po jakiejś chwili przyszedł Niall. Był dziwny... o ile „dziwny” to nie jest jego stan normalny. Tak czy siak rzucił „cześć” jakby od niechcenia, a kiedy zapytana o moją deskę, udzieliłam mu odpowiedzi, to wzruszył lekceważąco ramionami. Spróbuję być dl niego miła, ale jeśli tylko mnie wkurzy, to obiecuję, że o własnych siłach nie wyjdzie z tego lasu. Co to w ogóle za pomysł, by do zabierać mnie do lasu?! Nie cierpię tego całego obcowania z naturą. To jest obrzydliwe! W lesie jest pełno pająków, ślimaków pełzających po grzybach, komarów, kleszczy i innego dziadostwa. Chociaż tyle, że jest już prawie listopad, więc może choć część z nich zdążyła już zapaść w zimowy sen.
- Masz aparat? - zapytał, kiedy wkraczaliśmy na jakąś leśną ścieżkę.
- W telefonie. Nie obraź się Niall, ale co urzekającego i pięknego ma być w tym lesie? Las jak każdy inny. - burknęłam.
- Zapach, kolory, dźwięki. - odparł idąc przodem.
- Śmierdzi wilgocią i grzybami, kolory są typowe dla jesiennego lasu, a ptaków jakoś nie słychać. - przewróciłam oczami.
- Może byś je usłyszała, gdybyś mówiła o pięć tonów ciszej? - rzucił od niechcenia.
- Mówię prawie szeptem. - wkurzyłam się. - Arogancki dupek! - wyszeptałam.
- Co? - niedosłyszał.
- Nic. - wzruszyłam ramionami i pociągnęłam go za rękaw kurtki, co miało sugerować, by na mnie poczekał, bo ledwie za nim nadążam.
- Możesz mnie nie szarpać? - zapytał nadal idąc jak się mu podoba.
- Mogę. - zmarszczyłam brwi i marzyłam, by dobił do drzewa. - Daleko jeszcze? - zapytał.
- Już prawie jesteśmy. - usłyszałam.
Po jakiś dziesięciu minutach marszu za Horanem w końcu zatrzymaliśmy się gdzieś pośrodku puszczy, gdzie znajdowało się małe jeziorko czy sadzawka, sama nie wiem co to było. Wyglądała magicznie. Wszędzie dokoła panowała mgła i zaczął zapadać zmrok. Kolorowe liście beztrosko dryfowały po tafli chłodnej wody, w której było zanurzone kilka drzew. Gdzieś w oddali dostrzegłam łabędzie.
- One zawsze pływają razem. Jeśli się ze sobą zwiążą, to są razem aż do śmierci. - usłyszałam z ust blondyna, który stał tuż obok mnie.
- Słucham? - zapytałam wyrywając się z transu.
- Łabędzie. - uśmiechnął się do mnie, chyba zauważył, że się im przyglądałam.
- Są śliczne. - odparłam i wyjęłam telefon z kieszeni spodni. - To... robię zdjęcie. - uśmiechnęłam się uruchamiając aparat, który wykonał kilka, dość solidnych zdjęć.
- Nie sądzisz, że to głupota, że szliśmy tu tylko po to, aby zrobić zdjęcie jakiejś sadzawce? - zapytał nagle.
- Trochę. - wzruszyłam ramionami. - Strata czasu. - dodałam.
- Zgadza się. - westchnął. - Przecież każde miejsce jest piękne na swój sposób. Nie sądzisz?
- Tak. Wszystko tylko zależy od nastawienia. - zgodziłam się z nim.
- Bo co niby jest pięknego w starym, praktycznie zapomnianym przez Irlandczyków lesie, skoro nie ma tam ludzi?
- Nic. Bo nie ma w nim ludzi, więc nie ma kto podziwiać jego piękna. Dopiero jak ktoś tu jest, jest w stanie dostrzec jego piękno.
- Piękno opuszczonych, zapomnianych przedmiotów nie istnieje. Jak mogą być one piękne, skoro nie ma nikogo, kto by je wspominał i nadal się nimi zachwycał? One przepadają. Bezpowrotnie. - stwierdził. Nie do końca rozumiałam tej wymiany zdań, ale daje się, że znaleźliśmy cienką nić porozumienia. Może nasza rozmowa była dziwna i nieskładna, ale ja rozumiałam wszystko. Doskonale wiedziałam co miał na myśli, nawet jeśli niezgrabnie ubrał to w słowa.
Kiedy zmrok się coraz mocniej pogłębiał, uznaliśmy, że czas się zbierać. Szliśmy tą samą drogą. Ja nie do końca jeszcze orientowałam się, gdzie się dokładnie znajdujemy, więc zdałam się na Nialla. Przecież on znał ten las.
- Proponuję iść na skróty, bo noc nas zastanie zanim stąd wyjdziemy idąc tą drogą, co wcześniej. - odezwał się nagle przystając.
- Okay. Ty znasz te okolice, nie ja. - odparłam i ruszyłam za nim. Weszliśmy w jakieś krzaczyska, przez które musieliśmy się przedzierać jakiś czas.
- O cholera. - usłyszałam nagle.
- Co jest? - zapytałam z lekkim niepokojem.
- Patrz, strumień. Jak tu byłem ostatnio, to nie było w nim ani grama wody. - wyjaśnił.
- No i w czym problem? - zapytałam.
- Musimy go przeskoczyć. - oznajmił.
- Chyba śnisz! - wkurzyłam się. - Nie ma mowy, żebym skakała przez jakiś głupi strumień. Zapomnij.
- To wolisz tu nocować? - zapytał. - Proszę bardzo.
- Weźmiesz mnie na barana? - zapytałam z błagalną miną, a chłopak kiwnął twierdząco głową. Natychmiastowo wskoczyłam na jego plecy i mocno oplotłam go ramionami aby nie spaść.
- Gotowa? - zapytał. - To skaczę! - krzyknął radośnie i co? No właśnie!
- Hej, wszystko okay? - zapytał mnie, kiedy właśnie zażywaliśmy kąpieli błotnej.
- Żyje. - odburknęłam. - Do cholery! - krzyknęłam po czym szybko zerwałam się na równe nogi i zaczęłam otrzepywać moje umorusane błotem ubranie. - Nie mogłeś wpaść do wody, tylko od razu do błota?! Przez ciebie nie będę miała za niedługo czystych ubrań do chodzenia! - podniosłam ton głosu, a ten nadal leżał w błocie i chichotał jak mała dziewczynka. - Z czego się śmiejesz? - zapytałam na skraju załamania nerwowego.
- No … bo to jest akurat zabawne! - wybuchnął śmiechem. Próbowałam być twarda, ale szybko zaraził mnie swoim dobrym humorem. Nawet nie wiem kiedy zaczęłam zanosić się gromkim śmiechem wraz z nim. Po jakiś dziesięciu minutach, kiedy Niall w końcu się uspokoił i szanownie podniósł tyłek z mokrego, lepkiego, zimnego błota, raczył nas oboje wyprowadzić z tego lasu. Szliśmy chichocząc z byle czego ulicami Mullingar. Mijający nas ludzie, brali nas za parę włóczęgów. Chłopak zaproponował, że odprowadzi mnie pod dom. Zgodziłam się. Co w tym niby złego?
Kiedy staliśmy już pod moim domem i w spokoju rozmawialiśmy, dobiegły nas męskie głosy.
- No proszę, proszę, jaki womanizer! - krzyknął jeden z dwóch mijających nas chłopaków. Obojgu rozpoznałam. Byli to przyjaciele Nialla. - Bestia z ciebie Horan. - dodał po chwili. O ile dobrze pamiętam nazwisko, to był to Tomlinson. Niby mamy razem dwie lekcje, ale szczególnie nie zwracałam na niego uwagi.
- Idziesz czy nie? Czekamy na ciebie Horan. - odezwał się drugi Stykes, Styles czy jak mu tam. Niall zawstydził się trochę.
- No cóż, na mnie już chyba pora. - powiedział, po czym rzucił na odchodne „narka” i wraz ze znajomymi poszedł w swoim kierunku.
                            Nie sądziłam, że to powiem, ale nawet daje się lubić. Jest sympatyczny i przystojny, ale nawet to nie zmienia faktu, że to straszna oferma. Pewnie jutro znowu dokona zamachu na moje życie.


W końcu pojawił się Horanek ;) Mam nadzieję, że W nie zanudziłam, bo prawdę mówiąc, dzisiejszy rozdział jakoś mi nie wyszedł, no ale cóż, dodaję go, bo dawno już nie było tutaj Niallera :D
Dziękuję wszystkim, który tutaj jeszcze zaglądają i poświęcają czas moim ff. Jesteście kochani, wiecie? ♥

6 kom = następny rozdział Horanka :)

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Rozdział VI - Story of my life



                Od wyjścia Liama, mój stan psychofizyczny się znacznie pogorszył. Na nowo zacząłem się obwiniać o to, że ona wyjechała. Wypiłem trochę za dużo i straciłem siłę oraz równowagę w nogach. Z ledwością doczołgałem się po schodach na górę do jej pokoju, w którym nadal unosił się w powietrzu zapach jej perfum – połączenie maliny, płatków róży oraz bursztynu – wszędzie rozpoznałbym ten zapach. Ciężko było mi powstrzymać łzy, gdy opadłem na jej łóżko, moja głowa spoczęła na miękkiej, jasnoróżowej poduszeczce z małym aniołkiem. Należała do niej. - Nie zaśniesz... - wyszeptałem do samego siebie dławiącym się głosem – Nie zaśniesz bez niej, przecież wiem. Kochanie, zapomniałaś o swoim aniołku. - bełkotałem do samego siebie. Maddie cierpi na bezsenność, jeśli nie śpi na swojej ulubionej poduszce, którą ma od dziecka. Wtuliłem się w nią z całych sił i zacząłem gładzić jej materiał przypominając sobie, jak jeszcze zeszłej nocy na niej spała. Myślałem, że jej wyprowadzka to tylko kolejna z jej desperackich, nieprzemyślanych zagrywek, że zaszyje się na dwa dni w jakimś luksusowym hoteliku w Londynie i kiedy jej fochy się skończą to wróci do mnie na kolanach. Chyba się nieco przeliczyłem. Nie przypuszczałem, że jest zdolna do tego, żeby spakować niemalże wszystkie swoje rzeczy i ot tak wsiąść na pokład samolotu do Francji. Swoją drogą, ciekawe jaka jest w pogoda w Paryżu...? Tutaj, w Londynie standardowo pada chłodny deszcz, którego krople beztrosko rozbijają się o metalową powierzchnię parapetu tworząc charakterystyczny podźwięk, który nie licząc moich pojedynczych wdechów i wydechów jest jedynym dźwiękiem w tym domu. Pustka i głusza, która tu zapanowała sprawia, że nie jestem w stanie nawet pozbierać myśli. Przez cały czas staram się myśleć o Maddie, jednak wszelkie moje myśli są zabłąkane i się powtarzają, a ja sam mało co z nich rozumiem. Martwię się o nią – to jest pewne. Nie wiem jak się czuje, czy jest w końcu szczęśliwa, czy zaczyna wszystko od nowa. Nie wiem, czy też jeszcze o mnie rozmyślała tej nocy nie mogąc spać, bo ja o niej tak. Nie mam nawet pewności, czy kiedykolwiek ją jeszcze zobaczę, czy będziemy mieć ze sobą jeszcze coś wspólnego poza sprawą rozwodową, która teraz jest już tylko kwestią czasu. Może ten rozwód to nawet dobry pomysł. Nie chcę, żeby była ze mną, skoro musi płacić za to tak wysoką cenę. Liam zasługuje na nią bardziej. Zawsze był jej oparciem, troszczył się o nią, kochał ją bez względu na jej karierę. Wciąż potrafił dostrzec w niej to, co ja z biegiem czasu przestałem zauważać. Z nim byłaby szczęśliwsza. On nie ośmieliłby się podnieść na nią ręki. Zbytnio ją szanuje, żeby chociaż dać sobie prawo do podniesienia głosu w sprzeczce z nią. Znam go i wiem jaki jest. Miałem całą noc, żeby wszystko sobie dokładnie przemyśleć i doszedłem do wniosku, że musimy zakończyć nasze małżeństwo, a majątkiem podzielić się po połowie nie roztrząsając żadnych wymuszonych intercyz i innych głupich papierków, jakie podpisaliśmy przed ślubem wskutek ingerencji mojego menadżera do naszego życia . Niech ona zacznie nowe życie, znajdzie sobie kogoś, niech się zakocha. Teraz może, bo jej kariera i tak już wisi na włosku i nic nie będzie wstanie jej uratować. Stanie się twarzą ogromnego skandalu, a po mnie spłynie to jak po kaczce. Nie mam się czego obawiać. W gruncie rzeczy, to mało mnie już obchodzi to z kim ona się zwiąże. Kocham ją, ale przestał mnie interesować jej los. Jedyne co teraz do niej czuję, to żal i rozczarowanie, a z drugiej strony jestem pod wrażeniem, bo nie doceniałem chyba na początku jej siły – zostawiła mnie, to mówi samo przez się. Teraz ja też ruszę do przodu. Będę ponownie wolnym strzelcem i będę mógł na nowo bez konsekwencji przebierać w panienkach. Może i kiedyś pokocham którąś? Wszystko możliwe.
                Kiedy rano uznałem, że nadszedł czas wziąć się w garść by nie dać jej satysfakcji, że doprowadziła mnie do płaczu,podniosłem się z łózka, udałem się do mojej sypialni i podchodząc jeszcze chwiejnym krokiem do stojącej w rogu szafy, wygrzebałem z niej jakieś pierwsze, lepsze ubrania i poszedłem do łazienki znajdującej się w pomieszczeniu obok, aby się odświeżyć. Po około 30 minutach bezwładnego leżenia w wannie, osuszyłem się, ubrałem czyste ciuchy i postanowiłem ogarnąć trochę salon, który był pełen porozrzucanych piw i butelek z alkoholem, które na dobrą sprawę nawet nie były do końca podopijane. Wszędzie panował nieprzyjemny zapach, więc wywietrzyłem willę otwierając okna na oścież, przez co powietrze wewnątrz się trochę orzeźwiło i było czym oddychać. Biorąc głęboki wdech spojrzałem na wyświetlacz telefonu, który leżał na fotelu. Nie było nic – ani jednej wiadomości. Sam nie wiem na co liczyłem. Myślałem, że tak zwyczajnie, po prostu do mnie napisze? Zadzwoni? Nie ma po co. Byłem przybity, nie miałem na nic ochoty i nic nie wydawało się mieć sensu. To chyba normalne... albo i nie. Właśnie miałem iść i nalać sobie whisky, ale usłyszałem dzwonek do drzwi.
- Nie ma mnie! - ryknąłem. Osoba nie uległa, nadal dzwoniła jak zawzięta. Podbiegłem więc do drzwi i po ich otwarciu nie patrząc na to, kto się za nimi znajduje krzyknąłem na jednym wdechu: -Czego do cholery?!?!
- Tak mnie witasz? - usłyszałem w ramach odpowiedzi roześmiany, kobiecy głos. - Chyba ktoś tu wstał dzisiaj lewą nogą...
- Eva? Co ty tu... - nie zdążyłem dokończyć, gdyż niespodziewanie złączyła nasze usta w pocałunku. 
- Słyszałam od Louisa, że twoja żona ma teraz jakiś pokaz mody w Paryżu, więc o to jestem. Nie cieszysz się? - zapytała i ponownie mnie pocałowała po czym weszła do środka mijając mnie w drzwiach. Wyglądała zjawisko – jak zawsze zresztą. Eva Virgo była kobietą, która potrafiła pobudzić wszelkie moje zmysły już jednym spojrzeniem. 
- Cieszę.. - odparłem. - Ale ona nie ma tam pokazu. - zacząłem.
- To znaczy, że jest w domu? - zapytała siadając na sofie i założyła nogę za nogę. 
- Nie. - kiwnąłem przecząco głową. - Rozstaliśmy się. - ciężko westchnąłem.
- Jak to? - zdziwiła się. - I co teraz? Co z twoim majątkiem? Domem? Jachtem? Przecie ta szmata oskubie cię ze wszystkiego. Mam rozumieć, że jesteś spłukany? - dociekała.
- Nie jestem i nie będę. - odparłem. 
- Kochanie, cieszę się, że w końcu się do niej uwolniłeś – podeszła do mnie i kocim ruchem zarzuciła mi dłonie na kark i musnęła moje usta. - Możesz teraz robić co zechcesz i....w końcu nic nam nie stoi na przeszkodzie... Możemy w końcu powiedzieć całemu światu, że jesteśmy razem. Wyobraź sobie tylko – zaczęła rozpinać suwak moich spodni – Pani Eva Styles, żona Harrego Stylesa z One Direction, najgorętsza para z milionami na koncie. - zaśmiała się – Puścimy tę twoją byłą sukę z torbami... - zamruczała mi do ucha, po czym zaczęła całować moją szyję, następnie uniosła moją bluzkę do góry i popchnęła mnie na sofę, po czym usiadła na mnie okrakiem i zaczęła wtykać język do mojego ucha w celu polizania go.
- Czekaj, czekaj, stop...- przerwałem jej.
- Stało się coś? - zaniepokoiła się. 
- Maddie robiła to inaczej... z wyczuciem... - odparłem doprowadzając moją bluzkę do należytego porządku. 
- Chcesz mi przez to powiedzieć, że nie jestem taka dobra jak ona? - wkurzyła się.
- Nie, chcę tylko powiedzieć, że tam są drzwi. - wskazałem jej palcem kierunek wyjścia. 
- Będziesz jeszcze tego żałować! Obiecuję! - wykrzyczała po czym zabrała się i wybiegła z mojej posiadłości trzaskając za sobą drzwiami, a ja próbując rozładować złość, która zaczęła mnie ogarniać, kopnąłem z całej siły w nogę od szklanej ławy, przez co stolik się przewrócił, a jego szklany blat roztrzaskał się na drobne kawałki. Maddie nigdy nie lubiła tego mebla. Zawsze chciała go wymienić na jakiś antyk, ale ja się upierałem przy tym. Podobnie było z naszymi samochodami, nie pochwalała moich nowych zakupów, ponieważ twierdziła, że sześć aut w garażu to już nadmiar, więc po co mi kolejne, skoro te kilkaset tysięcy, które rocznie przeznaczam na nowe pojazdy, mógłbym dać sierotą lub na rzecz dzieci niepełnosprawnych fizycznie czy też intelektualnie. Nigdy jej nie słuchałem. Zawsze żyłem według własnych zasad nie licząc się z jej opinią czy potrzebami. Teraz dopiero zacząłem zauważać, jaki zgotowałem jej los. Z resztą... nieważne... ona już dla mnie nie istnieje. UMARŁA. Proste? Proste!


*** Maddie***

                Poranny Paryż jest piękny, ale moje oczy oraz wyobraźnia i dusza romantyczki nic sobie z tego nie robią. Wszelkie zmysły rozpamiętują jeszcze Harrego. Całą noc nie zmrużyłam oka. Czegoś mi brakowało... spokoju ducha? Rano wyglądałam niczym prawdziwy posąg człowieka. Makijaż był rozmazany, ciuchy wczorajsze, jedno, wielkie gniazdo na głowie i podpuchnięte oczy. Wstyd się komukolwiek pokazać w takim stanie. Potrzebowałam się odświeżyć. Wzięłam więc potrzebne kosmetyki i ubrania na przebranie do łazienki i odkręciłam kurek z wodą, która nieśpiesznie, niedbale napełniała sobą wannę. Cała łazienka była w marmurze, przyozdobiona kwiatami, świeczkami i lampkami robiącymi nastrój. Kolejne badziewie, na które nie miałam ochoty patrzeć. W łazience zaczęła unosić się para, która pokryła taflę lustra. Kiedy wanna była już prawie pełna, wślizgnęłam się do niej jakby od niechcenia. Uciążliwe myśli nie dawały mi spokoju ani na sekundę. Znużona, zanurzyłam się cała pod powierzchnię wody i tkwiłam tak w bezdechu aż dopóki na dobre nie zabrakło mi powietrza – wtedy się wynurzyłam. W sumie to zawsze czułam do Harrego to co teraz, czyli niechęć, pogardę, żal i miłość, ale nigdy te uczucia nie kumulowały się aż do tego stopnia. Wiem, że powinnam była od niego odejść już dawno temu, właściwie, to już w momencie, kiedy nakryłam go z Evą Virgo. Dlaczego więc tego nie zrobiłam? Chyba zbyt bardzo się bałam, że moja kariera się posypie, albo nie chciałam, żeby dziecko wychowywało się bez ojca. Tak – według tradycyjnego modelu małżeństwa, chciałam mieć z nim dziecko. Od dłuższego czasu miewałam mdłości, więc... myślałam, że moje marzenie się spełniło i nasza rodzina się powiększy... tak się jednak nie stało. Po konsultacji z moim ginekologiem doznałam wstrząsu. Nie byłam w ciąży. Moje mdłości tłumaczył zwykłą niestrawnością, po czym dodał, że nie mogę mieć dzieci. Nie wiedziałam, jak sobie z tym wszystkim poradzić... mój mąż ma na boku inną, ja nie mogę mieć dzieci, a na dodatek łączy nas wszystkich jakiś pieprzony kontrakt, w wyniku którego oboje stracimy wszystko. Tak to już jest – ja nie istnieję bez Stylesa, a on beze mnie. Wczoraj coś we mnie jednak drgnęło. Zrozumiałam, że to nie tędzy droga.
Kiedy woda się ochłodziła, wyszłam z wanny i osuszyłam się białym, hotelowym ręcznikiem, to przeniosłam się do sypialni i dosłownie rzuciłam się na duże, miękkie łoże. Byłam skonana, dopiero teraz poczułam do jakiego stopnia. Zanim jednak zdecydowałam się zamknąć powieki i choć na moment odejść myślami od wszelkich trosk, postanowiłam sprawdzić telefon. Miałam stos nowych, nieprzeczytanych wiadomości. Styles ponownie do mnie napisał..., nie sprawdziłam jednak SMS-ów od niego. W skrzynce było też pełno Perrie, mojego menadżera, stylistki, asystentki oraz Liama. Teraz dopiero skojarzyłam, że nie dałam znać ludziom, którzy dla mnie pracują, że mają „wolne” na czas bliżej nieokreślony. Zaciekawiło mnie, co do powiedzenia ma mi Payne. Z lekką obawą otworzyłam wiadomości od niego.

 

                Żadne ze słów Liama, nie wywarło na mnie wrażenia. Boi się o mnie? Proszę bardzo – nie warto. Jakby nie było, to właśnie on wczoraj doprowadził do takiego, a nie innego obrotu spraw. Nie mam zamiaru z nim rozmawiać. Nasza rozmowa nie miała by najmniejszego sensu. Co by mi powiedział poza tym, że mnie kocha i że przeprasza? To już wiem i mówiąc szczerze te dwa wyznania mają dla mnie nijakie znaczenie. Gdy skończyłam przeglądać telefon, odłożyłam go na stolik nocny znajdujący się po lewej stronie łóżka, położyłam się, przykryłam twarz poduszką i próbowałam zasnąć. Udało mi się to po jakiś piętnastu minutach. Nie wiem nawet jak długo trwała moja hibernacja. Pewnie około pięciu godzin, gdyż gdy się obudziłam, to za oknem była już szarówka. Wstałam z łóżka, rozprostowałam kości i podeszłam do lustra poprawiając to i owo, ponieważ miałam zamiar wyjść z pokoju, a nawet opuścić hotel i udać się w przypadkowym kierunku. Zauważając na szybkie okna wybiegającego na wieżę Eiffela małe kropelki deszczu, stwierdziłam, że pada, więc założyłam na siebie mój biały, zdobiony błyskotkami i koronkami płaszczyk od Altuzarra oraz pasujący do niego czarny parasol od tego samego projektanta. Od samego rana nic nie jadłam, zachciało mi się sushi. Zeszłam więc do hotelowej restauracji. Miałam drobne obawy, że spotkam tam gdzieś tego ordynaryjnego kelnera. Jednak na szczęście nigdzie go nie było. Złożyłam więc zamówienie i czekając na potrawę rozmyślałam, gdzie teraz mogę się udać, w końcu nie bez powodu wyniosłam z pokoju parasol. Gdy otrzymałam już moje upragnione sushi, zjadłam je w spokoju, po czym opuściłam hotel. Na zewnątrz wciąż padało. Zwykle tętniący życiem i zabiegany Paryż, w tym jednym momencie stał się pustym, szarym, nudnym miastem przez które co jakiś czas przedzierało kilka samochodów. Nic dziwnego, że Francuzi wolą spędzić ten wieczór w ciepłym, suchym i przytulnym miejscu, a nie plątać się po wilgotnym, chłodnym mieście. Nie wiedziałam nawet dokąd zmierzam. Każdy kierunek wydał mi się dobry. Przecież co za różnica czy pójdę w prawo, czy w lewo, czy pokonam skrzyżowanie ze światłami, czy też skręcę w jakąś boczną uliczkę. Wszystko mi jedno. Nie boję się o swój los. Jestem w takim stanie, że nic, nawet najgroźniejszy bandyta nie jest mi straszny. To raczej on powinien obawiać się mnie. Kiedy tak chodziłam z nogi na nogę, ociężale połykając chłodne, gorzkie paryskie powietrze i nasłuchując melodii akordeonu, która wręcz unosiła się ku niebu wraz z wiatrem, poczułam, jak ktoś łapie mnie a dłoń. Przestraszyłam się, to oczywiste. Miałam dziwne wrażenie, że to Harry, to byłoby przecież do niego podobne – powrót do gry w wielkim stylu. 
- Czego ode mnie chcesz? - zapytałam odwracając się na pięcie stając twarzą w twarz z osobą, która nadal szczelnie trzymała moją dłoń w swojej. 
- Nie chcę, żebyś się zgubiła. - usłyszałam w ramach odpowiedzi. 
- Znam miasto. - wzruszyłam ramionami i tym samym przesłałam zabójcze spojrzenie. 
- Aha... czyli wiesz, że za rogiem jest ulica Grenouille Chier? - zapytał.
- Oczywiście, każdy prostak o tym wie. - przekręciłam oczami. 
- Ciekawe, szkoda tylko, że w całym Paryżu nie ma takiej ulicy jak Grenouille Chier, a ulica za rogiem nazywa się Rue Danielle Casanova. - parsknął pustym śmiechem. 
- Fabien, Fabian czy jak ci tam – wzruszyłam ramionami – Idź w swoim kierunku, a mnie zostaw w spokoju. - zażądałam.
- Nie mogę. - westchnął – Chciałbym, ale nie mogę. - powtórzył.
- Serio nie masz innej mieszkanki hotelu, którą mógłbyś dręczyć swoim towarzystwem? - zapytałam. 
- Nie. Gdybym miał, to zapewne teraz wtykałbym w nią... - zaśmiał się nie kończąc zdania. 
- Jesteś nieokrzesany. - odparłam i ruszyłam w swoją stronę. Niestety, usłyszałam kroki zmierzające za mną. - Czy ty sobie nigdy nie odpuścisz? - zapytałam idąc dalej. 
- Dopóki nie wylądujemy razem w łóżku, to raczej nie prędko. - zaśmiał się i mnie dogonił. Jakby tego było rozpadało się jeszcze bardziej, a raczej lunęło deszczem. 
- Świetnie... zadymiony Paryż, ulewa i na dodatek ty. - wkurzyłam się.
- Dlaczego jesteś taka? - zapytał chwytając kurczowo moją rękę. 
- Puść mnie, bo zacznę krzyczeć. - odparłam, kiedy wepchnął mnie w jakąś ciemną uliczkę.
- Nie ma mowy. Tutaj i tak nikt cię nie usłyszy wyjątkiem wygłodzonych szczurów. - odparł patrząc mi w oczy.
- Czy ty do cholery zdajesz sobie sprawę z kim ty rozmawiasz? Jestem...
- Madeline Misselbrook... brytyjska supermodelka. - odparł. - I co z tego? Dla mnie jesteś po prostu Maddie. - uśmiechnął się.
- Nie. Nie możesz tak myśleć. - pokiwałam głowa na znak protestu. - Ja jestem kimś znaczącym, cały świat mnie zna i podziwia, jestem diamentem, a ty? Kim ty jesteś? Jakiś kelnerek z pierwszego, lepszego hotelu. Posłuchaj mnie i nie zbliżaj się do mnie. - zadrwiłam.
- Czyli o to chodzi. - zaśmiał się pustym śmiechem. 
- Interpretuj to jak chcesz. - ponownie wzruszyłam ramionami. 
- Za kogo ty się masz? - zapytał półgłosem. - Myślisz, że skoro posuwa cię Harry Styles, twoje zdjęcia widnieją na każdej pierwszej lepszej stronie w internecie, zarabiasz w ciągu tygodnia dwadzieścia razy tyle co ja w ciągu roku, to masz prawo, żeby mną pomiatać? -zapytał. - Wielka celebrytka się znalazła. Ale wiesz co? Powiem ci coś! Rozejrzyj się, widzisz gdzie jesteś? Tutaj nie ma czerwonego dywanu, nie ma paparazzi, którzy stoją w kolejce, żeby ci zrobić zdjęcie, nie ma tłumu który skanduje twoje imię. Nie, tutaj jest ciemna, omijana przez ludzi ulica, na której o tej godzinie czelność mają przebywać tylko szczury. Widzisz te pozaklejane kartonami okna? To są mieszkania. Widzisz to nad tobą? Tam mieszkam ja. Nie wożę się najnowszym Camaro, nikt nie mnie nie prosi, żebym łaskawie uśmiechnął się pozując do zdjęcia, nikt mi nie płaci kroci za to, że oddycham! Zarabiam pracując w hotelu jako kelner, jako barman w nocnym klubie i w wolnym czasie jako malarz pokojowy i to wszystko łączę ze studiami. Może i nie mam pałacu i wysadzanej diamentami fury, ale przynajmniej mam realność, właściwe poczucie wartości i wiem co oznacza ciężka praca oraz szacunek dla ludzi. Czy teraz twoja bańka mydlana pękła? To się właśnie nazywa życie pani gwiazdo. Ktoś musiał ci to w końcu powiedzieć. - wygłosił swój monolog, po czym przez moment patrzył w moje oczy w milczeniu. - Ta gra nie jest warta świeczki. - dodał i odwrócił się na pięcie.
- Czekaj! - krzyknęłam za nim, po czym w ostatnim momencie chwyciłam jego lodowatą dłoń. Chłopak przystanął w bezruchu, a ja chyba uległam chwili... i pocałowałam go. Nie wiem kiedy i jak do tego doszło, co sobie wtedy myślałam, błąd, ja NIE myślałam. Po chwili pocałunek zaczął przeradzać się w coraz głębszy i głębszy... tak głęboki, że zawiódł mnie aż na drugie piętro kamienicy prosto do jego sypialni.



Cześć wszystkim ;) Troszkę musieliście czekać na kolejny rozdział... równy miesiąc o.O. Wiem, że obiecałam Wam, że pojawi się znacznie wcześniej, ale wystąpiły pewne komplikacje, a mianowicie kiedy rozdział był już gotowy, to mój komputer się zbuntował przeciwko mnie i przez to musiałam go pisać od nowa, więc mi troszkę dłużej zeszło, a na dodatek mam teraz jeszcze dość zwariowany okres w życiu osobistym i zwyczajnie nie miałam czasu dodać go wcześniej :). Mam nadzieję, że się nie złościcie :).

Każdy kom = uśmiech na mojej twarzy xx 

poniedziałek, 5 maja 2014

Rozdział V - Story of my life




                 Odkąd pamiętam, marzyłam o wolności. Chciałam mieć prawo do rozwinięcia skrzydeł i robienia wszystkiego, czego potrzebowało moje serce w konsultacji ze zdrowym rozsądkiem. Chciałam mieć prawo do popełniania własnych błędów i do prywatności, której zwykle nie otrzymywałam. Kiedy w moim życiu pojawił się Harry Styles, wszystko stanęło na głowie, a ja byłam najszczęśliwszą kobietą na ziemi. Nie każda przecież mogła czuć ten dreszcz, zawrót głowy, kołatanie serca i ucisk w dołku, który czułam ja za każdym razem, kiedy mnie całował, lub chociaż przypadkowo musnął dłonią jakiś fragment mojej skóry. Wiem, że przede mną było wiele szczęściar, które miały szansę zasmakować jego czułych pieszczot i słówek, ale nie musiały za nie płacić tak wygórowanej ceny, co ja. Teraz pewnie też będzie ich jeszcze dość sporo. Jest wolny. Może mieć wszystko. Ma wszystko. Cóż mi po rezydenci, skoro wiąże się z nią tyle wspomnieć o porannym chłodzie, popołudniowych awanturach, wieczornych ciosach oraz przepłakanych nocach? Tamto miejsce ma raczej wymiar więzienia, w którym można odpokutować wszelkie zawinienia. Niech sobie bierze też cały nasz wspólny majątek. Jemu przyda się on bardziej. Będzie mógł w dalszym ciągu podróżować, kupować nowe dom w różnych zakątkach świata i sprowadzać do nich egzotyczne dziwki. Mogę zostać z niczym, nie robi mi to już różnicy. I tak nigdy niczego nie miałam oprócz niego. Taka jest prawda. Dał i odebrał mi wszystko. Zrobił ze mnie pierwszą damę Wielkiej Brytanii, zaraz po królowej, tylko po to, aby później znienawidzić mnie i chcieć odebrać mi moją dobrą sławę. Wyszłam za mąż, za czułego, wesołego, troskliwego chłopaka, który w nosie miał tę całą popularność, który tak samo jak ja potrzebował normalności i chciał ją odnaleźć. Wyszłam za mąż za faceta, który ślubował mi miłość, wierność i uczciwość małżeńską, a w zasadnie ani jednej z tych trzech rzeczy mi nie ofiarował. Więc dlaczego ja pomimo to, go kocham i chciałabym zawrócić? No właśnie.
                  Harry odciął mnie od świata. Przez niego musiałam zacząć uważać na ludzi i na to, gdzie i z kim jestem widziana. Zapomniałam o moich dawnych przyjaciołach, bo zdaniem menadżera Stylesa, oni wnoszą złą energie do naszego małżeństwa, a żona najjaśniejszej gwiazdy z One Direction, nie może przecież się zadawać z byle kim, bo to źle wpłynie na jego karierę. Posłuchałam – zerwałam kontakt, ze wszystkimi... I co teraz? Przychodzi co do czego i nie mam nawet się gdzie zatrzymać. Mam rzecz jasna do wyboru Zayna i Perrie, Luisa i Eleanor, Nialla oraz Liama, ale oni wszyscy są bliskimi przyjaciółmi Harrego, a Liam na dodatek...szkoda gadać. Byłam w podbramkowej sytuacji i pierwsze co mi przyszło do głowy, to szybka wycieczka na lotnisko. Nie byłam pewna, gdzie i czy w ogóle chcę wyjechać, ale prawdę mówiąc zaczęło mi być już wszystko jedno. Uznałam, że pojadę tam, gdzie, akurat będzie wolny bilet na dzisiejszy lot. Wbiegłam na lotnisko niczym oparzona i nerwowo rozglądałam się po jego wnętrzu, chcąc wypatrzeć „Informację”. Kiedy w końcu udało mi się, stanęłam w kolejce do jednej z pracownic lotniska, która za zadanie miała bukowanie biletów. „Raz się żyje”- pomyślałam. Czułam na sobie wzrok ludzi. Część z nich mnie rozpoznała. Słyszałam szepty typu”To żona Stylesa!” „Nie no co ty to nie Mddie, ona ma krótszy nos”... Kiedy nareszcie nadeszła moja kolej, nachyliłam się nad biurkiem. Sama nie wiedziałam, co robić. Nie chciałam wyjeżdżać, ani też zostawać. Byłam rozbita.
- W czym mogę pomóc? - usłyszałam nagle głos owej kobiety, który wyrwał mnie z zamyślenia.
- Poproszę jeden bilet do Tokio na dzisiaj.- odparłam.
- Do Tokio? Proszę poczekać moment, sprawdzę, czy są jeszcze wolne miejsca. - rzekła, po czym zaczęła sprawdzać coś w swoim komputerze. - Przykro mi, ale nie ma. Najbliższy lot do Tokio, na który może się pani załapać jest dopiero jutro o godzinie 23:15.
- Dobrze. Co w takim razie jest w ogóle wolnego na dzisiaj? - spytałam, po czym głośno westchnęłam.
- Ma pani na myśli wolne miejsca w samolocie, do jakich są miast? - próbowała się upewnić.
- A czy ja niewyraźnie mówię? - zirytowałam się.
- Sprawdzę. - odburknęła. - Wolne są jeszcze miejsca w samolotach do Sydney o 19:30, Los Angeles o 19:40, Nowego Jorku o 20:00, do Warszawy o 19:25, Amsterdamu o 19:20, Moskwy o 20:15 oraz do Paryża o 19:10.
- A którą mamy godzinę? - zapytałam.
- 18:50.
- W takim razie lecę do Paryża. - stwierdziłam.
-Dobrze, już wprowadzę pani dane osobiste do systemu i pobiorę opłatę. - odparła.
                    Nie upłynęło dziesięć minut, a już siedziałam na pokładzie samolotu. Postawiłam wszystko na jedną kartę. Nawet nie wiem, po jaką cholerę tam jadę. „Maddie lepiej było zostać przy Harrym” - wyszeptałam do samej siebie. Teraz już za późno na takie rozważania. Byłam tak mocno pochłonięta myślami o tym, co teraz będzie się działo, jak poradzi sobie Harry i czy nasz rozwód naprawdę będzie oznaczał koniec mojej kariery, że nawet nie spostrzegłam się, kiedy samolot wzbił się ku niebu. Po blisko półtorej godziny byłam już w Paryżu. Gdyby nie to, że właśnie posypało mi się życie, to może dostrzegłabym urok tego miasta. Nie wiedząc, gdzie się dalej udać, poprosiłam taksówkarza, o to, aby zawiózł mnie do najlepszego hotelu jaki tutaj jest. Uczynił jak go prosiłam. „Park Hyatt Vendome”, pod którym mnie wysadził prezentował się dobrze, a nawet rewelacyjnie. Ne wahałam się, czy powinnam wynająć pokój tutaj, czy może szukać innego hotelu. Ten był na poziomie i byle paparazzi nie miałby do niego wstępu, a strzeżenie swojej prywatności jest dla mnie sprawą priorytetową. Pokój, który otrzymałam był ogromny, znacznie za duży jak dla jednej osoby. No nic, po roku samotnego nocowania w pokoju dla gości powinnam była się już z tym oswoić. Nie miałam nawet sił rozpakowywać swoich walizek. Wyjęłam tylko z bocznej kieszonki torebki mój telefon. Miałam w nim kilka nieodebranych połączeń od Harrego i sms'ów, których nie miałam zamiaru czytać. Zostawiłam je więc w stanie nienaruszonym. Po co posypywać solą świeże rany? Zdobyłam się niewielki akt odwagi i odszukałam w książce telefonicznej numer do Perrie, po czym się z nią połączyłam.
- O hej skarbie, właśnie miałam do ciebie dzwonić. Chciałam, żebyś się wybrała ze mną jutro na zakupy. Zayn zabiera mnie jutro wieczorem do restauracji i nie specjalnie mam co an siebie włożyć, a mamy rocznicę. - powiedziała swoim roześmiany tonem blondynka.
- Wybacz, ale nie mogę. Jestem w Paryżu. - odparłam próbując zachować równowagę głosu, aby nie zacząć lamentować do telefonu.
- Co wy tam robicie? Przecież mieliście lecieć do L.A – zauważyła.
- Nie ma ze mną Harrego. - rzekłam łamiącym się już głosem.
- Poleciałaś sama? Rozumiem, że Harry ma sporo na głowie, ale mimo wszystko...
- Ja od niego odeszłam. - przerwałam jej w połowie zdania.
- Co?! - zdziwiła się. - Maddie, ale jak to? Przecież...
- Nie wiesz wszystkiego. - odparłam półgłosem. - Dzwonię tylko, żebyście się o mnie nie martwili. Nie mówcie Harremu, to już nie jest jego sprawa, gdzie jestem. - dodałam i nacisnęłam czerwoną słuchawkę.
***Harry***

                   Zawsze działałem na przekór niej, robiłem wszystko, aby ja upokorzyć i pokazać jej, że są lepsze od niej, a ona jest tylko zbędnym pionkiem w mojej grze. Zawodziłem ją i wykorzystywałem, a ona wybaczała mi wszystko. Ale każdy ma swoją granicę wytrwałości. Na początku próbowała mnie usprawiedliwiać, później z czasem zaczęła czuć do mnie odrazę, a teraz odeszła zostawiając mnie z niczym. Położyła kres mojej karierze kilak godzi temu, kiedy to przez nią pobiłem mojego przyjaciela, a teraz jeszcze dolała oliwy do ognia, bo mnie zostawiła. Przyszło mi już tylko czekać na papiery rozwodowe. Zabierze mi cały majątek i będzie się ze mnie śmiać. A niech go bierze! Niech sobie weźmie dom i całą naszą fortunę! Niech bierze co chce, bo mi nic z tego. Po co mi piękny dom i miliony na koncie, kiedy, ona nie będzie mnie już dłużej chcieć. Popełniłem kilka niewybaczalnych błędów, wiem, ale ją kocham. Zrozumiałem to. Zrozumiałem, że ona jest definicją mojego szczęścia, a sława. Nie życzę jej źle. Chcę, żeby ruszyła na przód i znalazła kogoś, kto ją pokocha równie mocno co i ja, a może nawet i mocniej. Chce, żeby się związała z kimś kto dostrzeże w niej to samo piękno, ciepło i dobroć, o której ja przypomniałem sobie tak późno. Chcę, żeby była najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi i żeby zapomniała o mnie i o tym jakim skurwielem byłem. Niech żyje dalej.
- Było otwarte... - odezwał się znajomy męski głos, który sprawił, że choć na moment zszedłem na ziemię. Siedziałem właśnie w salonie z ugiętymi kolanami podpierając plecami ścianę , tak jakby już za moment miła ulec prawom grawitacji i się zwalić.
- Czego tu chcesz? - zapytałem unosząc wzrok na postać owej osoby stojącej w drzwiach.
- Porozmawiać. - wyszeptał.
- Liam... wyjdź. Proszę cię, wyjdź. - nie wytrzymałem i chowając twarz w dłonie wybuchnąłem płaczem.
- To moja wina. - jego głos zadrżał i poczułem, jak siada obok mnie. - Oboje ją straciliśmy. - westchnął.
- Już wiesz? - zapytałem spoglądając na niego podejrzliwie. - Oboje? To oznacza, że nie jest u ciebie?
- Perrie rozgadała... Podobno jest we Francji. Maddie zadzwoniła do niej, żeby nam powiedzieć, że wszystko gra i że jest w Paryżu. Wszyscy myślą, że ma tam jakąś reklamówkę albo pokaz. Tylko ja, ty i Perrie znamy prawdę.
- Perrie? - chciałem się upewnić.
- Maddie jej powiedziała, że się rozstaliście, ale nie powiedziała o niczym reszcie. Powiedziała tylko...
- Że ma pokaz. - dokończyłem zdanie za niego. - Ona... ona jest sama w obcym mieście, pewnie nie ma dokąd pójść, jest zagubiona, rozbita, wystraszona... Liam, do czego ja doprowadziłem? Widzisz do czego doprowadziłem?! Widzisz kurwa?! Moja żona ode mnie odeszła, bo ma mnie za tyrana! Ma mnie za skurwiela! Rozumiesz to?! Ja ją kocham! Liam, kocham ją! -zacząłem ponownie beczeć.
- Wiem Harry. Ja też ją kocham, ale co z tego, skoro ona woli ciebie? Zawsze wolała... Od samego początku, to ty jej zwróciłeś w głowie, była gotowa zrobić dla ciebie wszystko, a ty... Jesteś moim przyjacielem i cię kocham, ale uwierz, że teraz w dupie mam ciebie, bo ty zasłużyłeś na to, co cię spotkało, ale nie ona. Była dla ciebie za dobra i dobrze o tym wiesz. - usłyszałem.
- Wiem. - pokiwałem twierdząco głową. - Nawet nie wiesz ile ja bym dał by móc ją wziąć w ramiona, pocałować, wyszeptać do ucha, że ją kocham tak jak kiedyś, ile bym dał, za to, żeby mi uwierzyła, że tym razem nie kłamię.
- Rainłeś ją. Sam dobrze wiesz, ile przez ciebie przeszła, jak straciła zaufanie do ludi, jak się odcięła od świata, jak przestała się cieszyć z drobiazgów. Sprawiłeś, że z roześmianej, zawsze zakręconej i beztroskiej Maddie stała się jedną z najbardziej dystyngowanych kobiet na świecie, każdy jej ruch był obserwowany, wszyscy wymagali od niej perfekcji w każdym calu, nie mogła sobie pozwolić na żadne szaleństwo, których wcześniej sobie nie odmawiała, a ty na dodatek obwiniałeś ją o jej sukces, który sam jej zafundowałeś i zdradzałeś ja przy pierwszej, lepszej okazji.
- Potrzebowałem czyjegoś ciepła... albo zwyczajnie chciałem zrobić jej na złość, chciałem żeby cierpiała, żeby poczuła się choć w połowie tak jak ja, kiedy to ona była numerem jeden, a ja tylko stałem w jej cieniu.
- Czy ty siebie słyszysz? Nigdy na nią nie zasługiwałeś! Zniszczyłeś kobietę, która cię kocha całym sercem. Jesteś z siebie zadowolony? - zapytał z wyrzutem.
-Nigdy nie byłem. Chcę jej szczęścia, niech spotka kogoś, z kim będzie tak zwyczajnie, zajebiście szczęśliwa i niech zapomni o mnie, o tobie i o tym wszystkim co się wiąże z nami.
- Nigdy nie zapomni, wiesz o tym. - westchnął. - My też nie zapomnimy.
- Wczoraj się kochaliśmy... oboje nawet nie wiemy jak do tego doszło, wybuchnął między nami żar, a potem zjawiłeś się ty... poniosło mnie i ją spoliczkowałem, a ona się wyprowadziła.
- Dobrze zrobiła. Szkoda tylko, że tak późno się opamiętała. - usłyszałem.
- Liam, błagam cię... wyjdź. - poprosiłem. Payne zrobił jak go prosiłem. Miałem już dość jego kazań. Najgorsze w tym wszystkim było chyba to, że miał rację. Nie zasługiwałem na nią i teraz dostrzegłem, jakim skurwielem byłem. Liam ma rację, dobrze zrobiła wyjeżdżając.


***Maddie***

                  Mogłabym przysiąc, że czas stanął w miejscu. Od momentu, kiedy opuściłam dom wskazówki zegara jakby przestały się przesuwać do przodu, a każda sekunda trwa wieczność. Pewnie Harry ma na odwrót. W końcu jest sam, ma wolną rękę, może sprowadzić sobie do domu Evę. Ona go przecież zadowoli. Znalazł swoja perfekcyjną dziwkę, więc niech się jej trzyma. Ale jeśli ona myśli, że rzuci wszystko dla niej i że ją pokocha, to jest strasznie naiwna. Styles nie wie czym jest miłość. Mogę się założyć, że już wie o tym, że tu jestem. Jeżeli Perrie osobiście się mu nie wygadała, to zrobił to z pewnością jeden z chłopaków. Harry nie robi nic z tym fantem, za bardzo boi się reakcji mediów. Wszystko będzie owiane tajemnicą, całe to moje zniknięcie oraz nasz rozwód. Kiedy dojdę do siebie złożę pozew o rozwód. Tutaj już nie ma czego ratować i oboje o tym wiemy. Chce o nim zapomnieć i zniknąć w cień.
                   Przejrzałam się w lustrze. Wyglądałam strasznie. Nie maiłam nawet na sobie makijażu, moja skóra była blada, a oczy opuchnięte. Wyglądałam niczym zombi. Wyjęłam więc kosmetyczkę z dna torby i robiłam sobie delikatny makijaż. Zawsze lubiłam dobrze wyglądać, nawet kiedy pogrążona byłam w smutku i żalu. Poczułam, że zgłodniałam. Zawsze jestem głodna, kiedy jestem zdenerwowana. Postanowiłam więc zadzwonić do obsługi hotelowej. Nawet nie wiem, co takiego zamówiłam, bo nazwy potraw są w języku francuskim, a to Styles mówi po francusku, a nie ja. Nie upłynęło kilka minut, a kelner z hotelowej restauracji już pukał do moich drzwi.
- Moment! - zawołałam, kiedy usłyszałam pukanie i podeszłam do drzwi, aby je otworzyć.
- Dzień dobry. - usłyszałam i przepuściłam kelnera z wózkiem wypełnionym po brzegi jedzeniem w drzwiach.
- Co to jest? - zapytałam podnosząc pokrywkę jednego z dań.
- Żabie udka. Specjalność szefa kuchni. - odparł.
- A macie może w karcie Hot dogi czy coś w tym guście? - zapytałam niezadowolona z mojego zamówienia.
- Nie, ale przepraszam za moją ciekawość, ale czy supermodelki mogą się tak odżywiać? - zapytał lustrując mnie wzrokiem.
- Wie pan kim jestem? - odparłam pytaniem na pytanie.
- Jak każdy tutaj. - usłyszałam w ramach odpowiedzi.
- Dobrze wiedzieć. - zrezygnowana opadłam na kanapę.
- Hot dogów ani hamburgerów nie serwujemy, ale nieopodal jest wyborna knajpka z fast foodem. - rzekł – Jeśli ma pani tylko ochotę, to za 15 minut kończę pracę i chętnie panią tam zaprowadzę. - zaproponował.
- Zaprasza mnie pan na randkę? - zdziwiłam się jego śmiałością.
- To pani użyła tego słowa. - zaśmiał się. - Próbuję tylko umilić tu pani pobyt, a to że jest pani niezwykle piękną kobietą, trochę mnie onieśmiela. Byłbym nawet w stanie pocałować panią w tym momencie, ale wiem, że ma  pani męża, więc spróbuję się powstrzymać, jednak na niewinny, wspólny wypad na hot doga nalegam. - uśmiechnął się szelmowsko.
- Niech sobie pan nie pozwala! - zbulwersowałam się - Będzie lepiej, jeśli opuści pan mój pokój.
- Wedle życzenia, ale jutro te jest dzień. Będę próbować aż do skutku. - rzekł.
- Jest pan bezczelny! - krzyknęłam półgłosem.
- Możliwe, ale podobasz mi się Madeline. - puścił do mnie oczko.
- Nie mam zamiaru kontynuować tej rozmowy! Proszę stąd wyjść! - dodałam podnosząc ton głosu.
                  Nie rozumiałam tej sytuacji, która miała tu miejsce przed momentem. Jak można być aż tak aroganckim?! Co za bark manier i lekceważący stosunek do kobiet. Z drugiej strony schlebia mi to, że zwrócił na mnie uwagę. Harry już od dawna nie widział we mnie kobiety, tylko swój worek treningowy. A niech go diabli! Jest przeszłością. PRZESZŁOŚCIĄ. Koniec historii. Nie dość, że byłam sfrustrowana zachowaniem tego bezczelnego kelnera, to jeszcze na dodatek w głowie non stop siedział mi Harry i to, że właśnie dzisiaj na dobre się rozstaliśmy. W pokoju jedyną jadalną rzeczą, jaką miałam były owe żabie udka. Wzięłam więc głęboki wdech i ubrałam się w nowe, świeże ubrania i opuściłam hotel. To oczywiste, gdzie się udałam. Nie trudno było znaleźć jedyny fast food na tej ulicy. Bez zastanowienia weszłam do środka i zamówiłam to, na co miałam ochotę, po czym zajęłam miejsce przy jednym wolnych stolików i czekałam na moje zamówienie. Ponownie zaczęłam sobie zaprzątać głowę Stylesem. Po co ja tyle o nim myślę, skoro on już teraz pewnie posuwa tę swoja Evę.
- Czyli jednak się ponownie spotykamy. - usłyszałam czyjś głos i ponownie przycumowałam do brzegu realności. - Przeczuwałem, że przyjdziesz.- zaśmiał się ten sam mężczyzna, który przed momentem dostarczył mi żabie udka do pokoju.
- Byłabym wdzięczna, gdyby usiadł pan gdzie indziej. - odparłam, kiedy zajął miejsce naprzeciwko mnie.
- Mógłbym posłuchać i zająć inne miejsce, ale tutaj jest najlepszy widok na pani piękny uśmiech i pociągający dekolt. - skierował swój wzrok na mój biust.
- Za kogo ty się masz do cholery? - zapytałam jeszcze łagodnym tonem.
- Fakt, gdzie moje maniery? - zapytał roześmiany.- Fabien Bonnet. - przedstawił się.
- Nie pytałam jak się nazywasz, ale kto dał ci prawo, byś się do mnie odnosił jak do swojej starej znajomej. - odparłam z oburzeniem.
- Mój brak dobrych manier i chęć uwiedzenia cię mnie do tego upoważnił. - na jego twarzy zawitał cwaniacki uśmiech.
- Czy ty zdajesz sobie sprawę z kim ty w ogóle rozmawiasz? -zapytałam chcąc mu uświadomić, że nie jestem pierwszą lepszą dziewczyną którą mógł przypadkowo spotkać na ulicy, ale Madeline Misselbrook – brytyjska supermodelka! Cały świat mnie ubóstwia, więc jakim prawem on się do mnie tak odnosi?!
- Z najpiękniejsza kobietą, jaka stąpa po ziemi? - spojrzał głęboko w moje oczy. Błękit jego oczu był głęboki niczym ocean, a uśmiech i barwa głosu hipnotyzowały mnie swoim urokiem. Był pewny siebie i obcesowy. Całkowicie różnił się od Stylesa i to działało na jego korzyść. - Co taka kobieta jak ty robi sama w Paryżu? - zapytał nagle. W tym też momencie przyniesiono mi mojego hot doga.
- Ratuję resztki godności. - odrzekłam i zrobiłam ogromnego kęsa hot doga.
- Słucham? - zapytał nie rozumiejąc moich słów.
- Nieważne. Nie mogę ci powiedzieć, bo jutro pewnie będą wiedzieć o tym wszystkie gazety na całym świecie.
- A może jednak warto się wygadać? Ulży ci. -zaproponował.
- Prze te kilka lat bycia najpopularniejsza kobietą na świecie nauczyłam się strzec swojej prywatności niczym najcenniejszego skarbu. - wyjaśniłam.
- To przez twojego męża? - zapytał.
- Czemu mieszasz do tego Harrego? - zapytałam zdezorientowana.
- Tak mi jakoś przyszło do głowy. - zaśmiał się.
- Aha. - uniosłam lewą brew i ponownie zajęłam się moim hot dogiem. Zjadłam go do połowy, po czym bez słowa podniosłam się z miejsca i opuściłam knajpę bez jakiegokolwiek pożegnania. Ten chłopak mnie irytował jak mało kto. Jadąc windą na ostatnie piętro, usłyszałam jedną z piosenkę One Direction, a konkretnie „Moments”. Będąc już w swoim pokoju byłam ponownie rozbita. Wszystkie wspomnienia wróciły, zarówno te dobre, jak i złe. Nie nacieszyłam na długo świętym spokojem i wylewaniem łez w samotności, bo właśnie rozległo się w moim pokoju głośne pukanie a drzwi. Otarłam łzy i otworzyłam drzwi.
- Co ty tu robisz? - zapytałam z oburzeniem rozpoznając osobę stojąca za nimi, a ona w ramach odpowiedzi namiętnie wpiła się w moje usta. - Co ty wyprawiasz? - zapytałam odpychając mężczyznę od siebie.
- Zapomniałaś się ze mną pożegnać wychodząc z knajpy. -usłyszałam z ust francuza, który najwyraźniej był zadowolony z tego, że mnie pocałował.
- Nie wiem kim jesteś i czego ode mnie chcesz, ale ostaw mnie w spokoju. - rozkazałam i zamknęłam mu drzwi przed nosem.
Za kogo on się ma? Myślałam, ze szczytem jego bezczelności będzie powiedzenie mi, że się mu podobam. On jest niezrównoważony psychicznie i uważa się za jakiegoś amanta. Traktuje mnie przedmiotowo, niczym obiekt seksu. 

czwartek, 1 maja 2014

You & I - rozdział II





***Katy***

               Pani Wrigley nigdy mnie nie lubiła, więc trochę się zdziwiłam dostając tak łagodny ochrzan z ust naszej "terrorystki". Terrorystka – zawsze tak na nią mówiłam w myślach. Ta kobieta chyba po prostu lubi się znęcać nad ludźmi. Odkąd zjawiłam się w tej szkole, to mnie wzięła sobie na tapetę. Ciągle coś jej we mnie nie odpowiada. Nauczyłam się brać uszczypliwe uwagi na klatę i iść dalej. Nigdy nie miałam łatwo. Zawsze sama borykałam się z moimi problemami, a nawet jeśli znalazł się ktoś, kto chciał i był w stanie mi pomóc, ja unosiłam się dumą. Tak samo jest i tym razem. Nie mam zamiaru z nią walczyć. Jeszcze nie teraz. Pokażę jej na co mnie stać, ale pod koniec mojej nauki w tej szkole. Teraz szkoda czasu na bezsensowne potyczki z nauczycielami. Nie ukrywam, że się trochę wkurzyłam, kiedy kazała mi usiąść z tym kolesiem – Niallem. On non stop dziwnie się na mnie patrzy i obserwuje każdy mój ruch. To nie jest normalne zachowanie. Swoją drogą, muszę powiedzieć, że zawsze wydawał mi się uroczy... aż do dzisiaj. Siedzenie u jego boku było istną męczarnią. Zachowywał się jak chory umysłowo. Próbowałam z nim nawiązać jakikolwiek kontakt, ale zwyczajnie w świecie się nie dało. Nie wyobrażam sobie naszej wspólnej pracy dzisiaj. To będzie jakaś jedna, wielka szopka. No nic... czy chcemy czy nie, musimy zrobić ten projekt razem. Trochę boję się iść do jego domu. Kto wie, co tam zastanę? Może mają kota na sznurku, więżą któregoś z domowników w szafie albo latają z miotaczami ognia dookoła domu. Nigdy nic nie wiadomo. Ten Niall nie zachowuje się normalnie, więc skąd mam wiedzieć, że jego rodzina jest inna? A co jeśli tam wejdę i już nie wyjdę. Ugh. Chcę to mieć za sobą. Żyje się raz. W sumie mogłam go zaprosić do mnie, ale w moim domu sytuacja jest nieciekawa. Rodzice się rozwodzą i ciągle są same awantury. Nie chciałabym, żeby był świadkiem którejś z nich.
               Kiedy wybiła 18 uznałam, że nadszedł najwyższy czas, żeby opuścić dom i go odwiedzić. Przeczesałam więc włosy palcami pozwalając im zostać w lekkim nieładzie, spakowałam do kolorowego plecaka najpotrzebniejsze rzeczy, założyłam moje ulubione vansy, chwyciłam za deskę i wyszłam z domu. Właśnie odbywała się w nim jedna z licznych awantur. Nie znosiłam się im przysłuchiwać. Nic nie było w stanie zagłuszyć moich rodziców wymieniających się swoimi poglądami na temat mnie, tego miejsca i ewentualnego podziału obowiązków opieki nade mną. Wskakując na deskę zaczęłam odpychać się prawą nogą przez co wprawiłam ją w ruch i zaczęłam jechać w kierunku mojej szkoły, na przeciwko której znajduje się jego dom. Na szczęście dystans do pokonania był niewielki, bo zaledwie kilometr. W mgnieniu oka znalazłam się w wyznaczonym miejscu. Wjechałam na podjazd białego domu i przystanęłam, po czym pochyliłam się aby wziąć deskę w dłonie. Uniosłam wzrok, aby przyjrzeć się uważnie miejscu w którym się znajdowałam, pomimo tego, że codziennie znajdowałam się w pobliżu, tym razem postanowiłam przyjrzeć się uważniej. Panowała tu taka cisza i spokój, a ogród, którego urywek można było dostrzec z miejsca w którym stałam wyglądał na bardzo zadbany i dopieszczony. No nic... muszę iść przed siebie. Wzięłam głęboki wdech i podeszłam pod drzwi, na które następnie zapukałam. Przygryzłam dolną wargę i z niecierpliwością czekałam, aż ktoś mi otworzy. Po blisko pięciu sekundach owe dębowe drzwi się uchyliły, a za nimi stanęła dość postawa kobieta z ciepłym uśmiechem.
- Dzień dobry. Jest Niall? - zapytałam odwzajemniając jej mimikę.
- Tak. Zapraszam. Ty pewnie jesteś Kate. - odparła kobieta wpuszczając mnie do środka.
- Katy. - odparłam z uśmiechem.
- Zaczekaj moment, zawołam go. - oznajmiła i stanęła na pierwszym stopniu schodów prowadzących na pierwsze piętro, po czym zawołała swoim niskim głosem – Niall! Masz gościa!
Pomieszczenie w którym się znajdowałam, czyli przedpokój łączył ze sobą wszystkie części domu. To stąd rozchodziły się drzwi oraz korytarze do kolejnych pomieszczeń. Panował w nim porządek, ład, a kolory były stonowane. Nad kremowym odcieniem ścian królowała głównie biel poręczy schodów i drzwi sąsiednich pomieszczeń oraz jasno błękitny sufit. To wszystko razem tworzyło piękny, magiczny wystrój. Spodobało mi się tutaj. Mój dom znacznie się różnił od tego.
- O cześć Katy! - zawołał wesoło blondyn zbiegając po schodach.
- Cześć Niall. - odparłam z lekkim uśmiechem. - Mam nadzieję, że nie przychodzę za późno. - dodałam.
- Nie, skąd? - zapytał stając na przeciwko mnie z dłońmi umieszczonymi w kieszeniach swoich dżinsów. - Może... chodźmy na górę? - zaproponował.
- Okay, jak wolisz. - odparłam i ruszyłam za nim we wspomnianym kierunku pokonując schody oraz krótki korytarz.
- Zapraszam. - powiedział przystając pod jednymi z białych drzwi, po czym je otwarł na oścież i przepuścił mnie w progu.
Moim oczom ukazał się schludny, mały pokoik, w którym wszystko było dokładnie na swoim miejscu i ani jedna rzecz nie śmiała zmienić swojego położenia. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to wisząca na ścianie gitara. Bez chwili zastanowienia położyłam mój plecak oraz deskę na jasnych panelach i podeszłam do owej rzeczy, która beztrosko wisiała nad niską półką nocną.
- Grasz? - zapytałam zerkając na niego kątem oka, po czym przygryzłam dolną wargę i obrysowałam opuszkiem palca wskazującego kontur instrumentu.
- T-t-tak... a-ale... j-j-ja... - ponownie nie był w stanie się wysłowić, a już myślałam, że zaczął się zachowywać jak cywilizowany człowiek. Chłopak usiadł na skraju łóżka i natychmiastowo spuścił głowę.
- Wszystko okay? - zapytałam.
- T-t-tak. - wydukał.
- Może przyjdę innym razem? Albo zrobimy projekt osobno, a potem w szkole się podpiszemy razem... - zaproponowałam.
- Wszystko o-okay. - odparł podnosząc wzrok na mnie i uśmiechnął się słodko.
- Cieszę się. - zaśmiałam się wesoło i usiadłam obok niego, po czym pochyliłam się aby sięgnąć po plecak, który leżał obok jego łóżka.
- Na jaki temat ma być w ogóle to wypracowanie? - zapytał niepewnie.
- Czekaj, sprawdzę. - odparłam otwierając zeszyt, który przed momentem wygrzebałam w torbie. - "Jesienny pejzaż Mullingar".
- I co my niby mamy zrobić? Namalować coś? - parsknął śmiechem.
- Mamy iść w plener i porobić kilka zdjęć i stworzyć z nich wystawę w klasie. Byłeś w ogóle na lekcji. - zapytałam spoglądając na niego z grymasem.
- Przecież siedziałaś obok mnie... - westchnął. Czy tylko ja miałam wrażenie, że nasza rozmowa się wcale nie klei?
- Okay. - uniosłam lewą brew- To może wstępnie omówimy co i jak i będę się zwijać do domu. Nie chcę ci zawracać głowy. Z pewnością masz ciekawsze rzeczy do roboty. - oznajmiłam zamykając zeszyt i chowając go do torby.
- Nie! - wyskoczył niczym Filip z konopi. - To znaczy... okay... jasne... jak uważasz, ale... - ponownie gmatwał się w słowach.
- Niall, chyba jednak przyszłam w nieodpowiednim momencie. - rzuciłam i podniosłam się z miejsca. Chciałam czym prędzej opuścić jego dom. Nie czułam się dobre w jego towarzystwie. E też ta Wrigley musiała mi przydzielić akurat jego! Przecież ot taki gamoń! I jak się tu z takim dogadać, skoro on tylko umie wypowiedzieć "tak" i "nie".
- Nie idź jeszcze. - chwycił moją dłoń, ale kiedy zdał sobie sprawę z tego co zrobił, puścił ją natychmiast i skierował wzrok ku podłodze.
- Jesteś pewien, że nie wolisz tego przełożyć na przykład na jutro? - zapytałam licząc, że przyzna mi rację i będę mogła się ulotnić. Wolałabym już robić projekt z którymś jego znajomych. To nie do wiary, że ten chłopak przyjaźni się z największymi szkolnymi gwiazdami, a nie dorasta im nawet do pięt. Jest żałosny. Nie umie się wysłowić, ma zwiasy i dzisiaj cały czas zachowywał się jak osoba chora psychicznie, kiedy przyszło nam siedzieć razem, a o tym, że ciągle się na mnie gapi to już nie wspomnę. Może się mu podobam? Też coś... a nawet jeśli, to co z tego? Za wysokie progi jak na jego nogi. Nigdy się nie zwiążę z kimś takim jak on. Potrzebuję zabawnego, wesołego, rozumnego chłopaka o dobrym sercu, który będzie mnie szanował i doceniał. On się raczej do takowych nie zalicza. Jest ciamajdą.
- Tak. - uśmiechnął się do mnie promiennie, co ja odwzajemniłam i ponownie zajęłam miejsce obok niego. - Mam do ciebie prośbę, mogłabyś mi mniej więcej streścić o czym ona dzisiaj mówiła na lekcji w kwestii naszego projektu? - poprosił.- Nie słuchałem jej. Strasznie źle się czułem i nie byłem w stanie się skoncentrować.
- Jasne, nie ma problemu. - kąciki jego ust uformowały się w jeszcze szerszy uśmiech. - Mamy sporządzić małą wystawę fotografii, które będą przedstawiać najciekawsze i w naszej opinii najpiękniejsze miejsca w Mullingar. Mamy na to czas do przyszłego tygodnia. Mamy też oczywiście każde z nich opisać w kilku zdaniach. - objaśniłam. Przez cały czas Niall wsłuchiwał się z uwaga i koncentracją w moje słowa.
- Przypuszczam, że nie znasz zbyt dobrze tego miasteczka. - zaśmiał się wesoło.
- Zgadłeś. - westchnęłam. - Ale od czego mam ciebie? - odwzajemniłam jego mimikę.
- No właśnie. - strzelił palcami. - A właśnie! Gdzie moja głowa, napijesz się czegoś? A może jesteś głodna? - zapytał pocierając dłonie.
- Nie, dziękuję. - odparłam. - Są tu jakieś miejsca, które są magiczne? - zapytałam spoglądając na niego.
- Magiczne? - zaśmiał się. - Całe Mullingar jest magiczne. - odparł. - Ale jeśli ci chodzi o takie najlepsze z najlepszych to owszem, jest. Jutro cię tam zabiorę. - oznajmił. - Oczywiście, jeśli tylko masz na to ochotę. - wyszeptał spoglądając w podłogę. Ponownie się zawstydził.
- Z przyjemnością z tobą pójdę. - zaśmiałam się. Zauważyłam, że w przerwach między jąkaniem się, a uporczywym śledzeniem wzrokiem mojego każdego ruchu jest całkiem znośny.
- Swoją drogą to, chciałem cię przeprosić za moje dzisiejsze zachowanie. Wzięłaś mnie pewnie za idiotę. - powiedział mrużąc oczy, przez co na jego twarzy pojawił się zabawny grymas.
- Źle się czułeś, to zrozumiałe. - odparłam próbując zachować powagę. Coś w tym chłopaku sprawiało, że mój na ogół podły humor się poprawiał.
- Mimo wszystko, głupio wyszło.- podrapał się po głowie.
- W sumie...- parsknęłam niekontrolowanym śmiechem, co go trochę zaskoczyło.
- Mam coś na twarzy? - zapytał zdezorientowany próbując zrozumieć powód mojego rozbawienia.
- Nie, ale to chyba była najdziwniejsza lekcja w moim życiu.- wyjaśniłam ledwie łapiąc oddech. O nie! Zaczęłam się zapowietrzać ze śmiechu. Pewnie ma mnie teraz za dziwaczkę.
- Moi kumple też mieli ze mnie polew...- odparł śmiejąc się wniebogłosy.
- Nie dziwie się. - uniosłam lewą brew i zmusiłam samą siebie do powagi, choć było to trudne.


***Niall***

                 Kiedy będąc już w domu uświadomiłem sobie, że za kilka chwil moja przyszła żona będzie u mnie zgłupiałem jeszcze bardziej. Nie wiedziałem co mam ze sobą począć. Plątałem się po całym domu denerwując każdego z domowników i śmiejąc się z byle powodu. Nawet migocąca żarówka w toalecie doprowadziła mnie do gromkiego śmiechu. Próbowałem się psychicznie przygotować do jej wizyty i nawet układałem sobie w głowie plan wydarzeń: 1. Zejdę na dół by otworzyć jej drzwi, kiedy na nie zapuka. 2. Rzucę "Cześć" i jakiś luźny dowcip. 3. Zaproponuję jej coś do picia i do jedzenia. 4. Zaprowadzę ją do mojego pokoju. 5. Pochwalę jej strój.6. Zaproszę do kina. Plan wręcz idealny! Kiedy zbiegłem po schodach do wołającej mnie mamy i zobaczyłem ją stojącą w przedsionku miałem ochotę krzyknąć: "Stop to nie tak! Wyjdź i wejdź jeszcze raz, bo wszystko psujesz!" Ale by się pewnie obraziła, więc dobrze, że w ostatniej chwili ugryzłem się w język. Rzuciłem tylko "Cześć Katy", a potem wszystko się już posypało, a ja kontynuowałem robienie z siebie błazna. Zapytała mnie, czy gram na gitarze, a ja zapomniałem języka w buzi. Miałem ochotę zlinczować samego siebie. W sumie to było do przewidzenia, że coś nie wypali. Jak zwykle w stresujących sytuacjach, zacząłem się jąkać. Jej to jednak nie przeszkadzało. Jest słodka i kochana. Martwiła się o mnie i chciała iść do domu, żeby mnie nie męczyć dzisiaj, albo chciała uciec, bo ją przestraszyłem. Jedna z tych dwóch możliwości jest poprawna. Nie chciałem już bardziej się kompromitować w jej oczach, więc postanowiłem wziąć głęboki wdech nie zapominając o wydechu rzecz jasna i wrzucić na luz, co przy niej graniczyło z cudem. Tak czy siak, udało mi się. Może nie byłem najciekawszym rozmówcą z jakim miała do czynienia, ale przynajmniej przestałem się zacinać w połowie zdania. Obiecałem, że jutro ją wezmę ze sobą do jednego z najpiękniejszych zakątków Mullingar. Fajnie, szkoda tylko, że ja nie znam takiego miejsca. Palnąłem, że takie jest, tylko po to, żeby jej nie zawieść i aby zyskać choć trochę w jej oczach. Teraz czeka mnie całonocne kombinowanie nad naszym jutrzejszym planem wycieczki. No nic, coś wymyślę. Muszę. Nie wiem, czy tylko ja to zauważyłem, ale jesteśmy do siebie strasznie podobni jeśli chodzi o poczucie humoru. Teraz to chyba może być już tylko lepiej.
- Niall, mam pytanie... - rzekła, tym samym wyrywając mnie z chwilowego zamyślenia.
- Tak?- zapytałem. Jest! Jest!Jest! Będzie się chciała umówić! Na bank!
- Mam zabrać mój aparat fotograficzny, czy ty weźmiesz swój. - zapytała. I całe szczęście prysnęło niczym bańka mydlana.
- Weź swój. Ja nie mam ręki do zdjęć. -odburknąłem i urażony skierowałem swój wzrok w stronę okna.
- Dobra. W takim razie ja się już zwijam. - rzuciła i zaczęła zbierać z podłogi swoje rzeczy. - To do jutra. - powiedziała stojąc w drzwiach. Na jej twarzy malował się ciepły uśmiech.
- Czekaj, odprowadzę cię do drzwi. - oznajmiłem i zerwałem się z łóżka na którym siedziałem. Podbiegłem do niej i otworzyłem przed nią drzwi, po czym przepuściłem ją w progu. Kiedy opuściliśmy mój pokój, zaczęliśmy wspólnie w milczeniu przemierzać korytarz oraz schody prowadzące na dół, aż do wyjścia z domu. Katy rzuciła jeszcze na odchodne "do widzenia" do mojej mamy, która gdzieś tam się krzątała po domu wyszła.
Kiedy zamknęła za sobą drzwi, poczułem uczucie tęsknoty i niedostatku zainteresowania oraz bliskości z jej strony. Gdyby tylko wiedziała, jakiego anioła widzę patrząc w jej oczy, zrozumiałaby, że jestem wart kochania.
                  Rano zebrałem się ociężale do szkoły. Jak zwykle miałem problem ze znalezieniem moich książek, które były porozrzucane po różnych częściach domu, a konkretnie, leżały tam, gdzie je zostawiłem poprzednim razem, ale kto by to pamiętał, gdzie posiał rzeczy, które go dołują? No właśnie. Nie lubię siedzieć z nosem w książkach. Robię to tylko dlatego, że muszę, jak każdy normalny nastolatek. Kiedy już udało mi się w miarę ogarnąć, zjadłem jeszcze repetę mojego śniadania i wyszedłem z domu. Pod szkołą, na niskim murku siedzieli już Liam, Harry i Louis.
- No proszę, proszę. Nasz Adonis się zjawił!- krzyknął Tomlinson na przywitanie.
- Cicho! - syknąłem przykładając palec wskazujący do ust rozglądając się nerwowo na boki, aby się upewnić, że nigdzie w pobliżu jej nie ma.
- Jak się udała randka? - zapytał Styles ze swoim cwaniackim uśmieszkiem.
- Spotkanie... czysto koleżeńskie.- odparłem siadając przy nich.
- Mhm... tak to się teraz nazywa? - rzucił Payne.
- A przedstawiłeś się chociaż? "Jestem Niall" – rzucił Louis okręcając sobie kosmyk włosów wokół palca, co niby miało parodiować moje zachowanie.
- Jak chcecie wiedzieć, to się umówiliśmy na dzisiaj. - odparłem z samozachwytem wyjmując z torby moje drugie śniadanie, a raczej przekąskę przed drugim śniadaniem, które zjem dopiero za godzinę.
- Brawo! - ucieszył się Liam. - To gdzie ją zabierasz? - dociekał. -Kino, restauracja, teatr, klub czy może wesołe miasteczko? - zapytał.
- Do lasu. - odparłem zajadając się kanapką.
- Sorry, ale gdzie? - zdziwił się Louis. - Zabierasz ją na randkę do lasu? I co wy tam będziecie niby robić? Grzyby końcem października zbierać czy może lulać misie do snu? - na jego twarzy pojawił się grymas.
- Zdjęcia robić... I to nie jest randka, tylko taka tam praca nad projektem. - zaznaczyłem.
- Jak kto woli. - odezwał się Styles.
- Jutro gramy o tytuł mistrza ze szkoła z Dublina. - odezwał się Liam.- Byłoby fajnie gdybyś...
Wiem, że może las, to nie jest najatrakcyjniejsze miejsce pod słońcem, ale o tej porze jest tam na prawdę pięknie i każdy jego zakamarek mieni się tysiącem barw, a cisza i spokój raz po raz zakłócone szelestem liści znajdującymi się pod stopami jest prawdziwą muzykę dla uszu. Oni się nie znają. Katy na bank to doceni. Ona wie, co to piękno. Przecież jest najpiękniejsza dziewczyną w tej szkole, więc jak mogłaby nie wiedzieć? Chciałbym, żeby dzisiejszy dzień był niezapomniany. Swoją droga, gdzie jest Katy?! Za pięć minut dzwonek, a ona jeszcze nie jechała swoją deską przez szkolny podjazd. Na która ona dzisiaj ma? A co jeśli się spóźni i jakaś wredna baba ją okrzyczy? Niech no tylko spróbuje podnieść głos na moją perełkę.
- Ej ty mnie w ogóle słuchasz? -zapytał z wyrzutem Liam, kiedy na niego spojrzałem. Nie wiem, czemu, ale wybuchnąłem śmiechem.
- Nie. - kiwnąłem przecząco głową.
- Tłumaczę ci coś od pięciu minut, a ty się wyłączyłeś. Dziękuję. - przewrócił oczami.
- Ok. - wzruszyłem ramionami.
- Gościu weź się z nią w końcu umów na randkę, albo zamontuj w jej desce urządzenie szpiegowskie i namierzaj ją GPS'em, bo to się już robi nudne. - wyburzył Styles.
- Gdybyś choć raz był prawdziwie zakochany, to być wiedział jak to jest. - westchnąłem uśmiechając się sam do siebie i zrobiłem ostatniego kęsa kanapki
- Dobra, nie filozofuj, tylko chodź bo się na lekcję spóźnimy. - przewrócił oczami Louis, po czym zeskoczył z murku i chwytając mnie za nadgarstek pociągnął mnie za sobą w stronę szkoły.
Jest moim przyjacielem, ale niekiedy strasznie mnie wkurza, bo myśli, że skoro jest odważny i udaje, że wszystko mu jedno, a na dodatek umie robić wyborne żarty, to jest fajny. Nie zdziwiłbym się, gdyby Katy zechciała się z nim umówić. Każda dziewczyna w tej szkole na niego leci, a jeśli nie na niego, to na Liama albo na Harrego. Zdążyłem się do tego przyzwyczaić. Ja w porównaniu do wypadam blado.
- Orient! - krzyknął nagle Louis i popchnął mnie z całej siły w bok, w efekcie czego upadłem na kogoś.
- Zgłupiałeś?! - oburzyła się osoba, którą właśnie przypierałem ciężarem swojego ciała do chodnika.
- J-ja.. j-ja... - ponownie zacząłem się jąkać, kiedy uświadomiłem sobie, że tym kimś, na kim właśnie leżę, jest Katy. - Przepraszam... - wyszeptałem z miną zbitego psa podnosząc się z chodnika i pomagając jej wstać po przez podanie dłoni.
- Nic już lepiej nie mów... - wkurzyła się. Zauważyłem, że jej bluzka jest cała w kawie.
- To z mojej winy? - zapytałem zmieszany.
- A jak ci się zdaję? - przymrużyła oczy. Wyglądała, jakby chciała mnie zabić spojrzeniem. Nie dziwię się jej.
- Nie chciałem, to Louis mnie popchnął i ja... tak mi głupio teraz. - posmutniałem. Ona dosłownie olała moje przeprosiny i poszła w swoją stronę, wołałem za nią, ale mnie zupełnie zignorowała. No pięknie, teraz nie dość, że ma mnie za durnia, to jeszcze jakby tego było mało szczerze mnie nienawidzi. Brawo Horan!

niedziela, 27 kwietnia 2014

Rozdział IV - Story of my life




- Harry?! - krzyknęłam odtrącając od siebie Payne'a. - Ja ci to wszystko wytłumaczę, słowo. Kochanie, proszę cię, wysłuchaj mnie. - powiedziałam na jednym wdechu, a on odepchnął mnie na bok, przez co upadłam na ziemię.
- Harry... - Liam próbował cokolwiek powiedzieć.
- Zabiję cię! - wrzasnął i uderzył Liama z pięści w twarz tak mocno, że chłopak aż upadł ciałem na marmurową ściankę fontanny. W oczach Stylesa malował się amok i furia. Szybko podniosłam się z ziemi i rzuciłam się na Stylesa blokując wszystkiego ruchy. Bałam się, że mogą sobie coś zrobić.
- Proszę cię Harry, daj spokój. Zostaw go! - krzyczałam, kiedy ponownie próbował mnie odepchnąć. - Błagam cię. - dodałam półgłosem, przez co mój mąż zastygł w miejscu.
- Mam nadzieję, że czegoś cię to nauczy gnojku! Nigdy więcej się do niej nie zbliżaj, bo cię zabiję. - ostrzegł Payne'a i odsunął się od niego na bezpieczną odległość. - Liam wynoś się stąd w tej chwili! - krzyknął i wskazał mu palcem drogę w stronę furtki. - A ty – zwrócił się do mnie – chodź ze mną! - krzyknął i zamknął moją dłoń w szczelnym uścisku i pociągnął mnie za sobą w stronę domu, po czym wepchnął mnie przez drzwi tarasowe do salonu. Straciłam równowagę i uderzyłam plecami o szklany barek. Nie byłam nawet w stanie poczuć bólu. Moje myśli koncentrowały się tylko i wyłącznie na tym, że poróżniłam dwóch przyjaciół, a na dodatek zraniłam mężczyznę, którego kocham. Nie wiedziałam, co mogłabym mu powiedzieć. Przecież żadne słowa już niczego nie zmienią. Harry krążył po pokoju chwytając się za głowę i targając swoje włosy. Moje serce dudniło jak oszalałe, a dłonie trzęsły się ze strachu przed tym, co może za moment nastąpić. Oparłam się plecami o zimną, białą ścianę i czekałam na dalszy rozwój sytuacji.
- Ufałem ci! - wykrzyczał nagle stając naprzeciwko mnie – Ufałem ci, a ty znowu mnie zawiodłaś! - dodał i chwycił moje ramiona szczelnym uściskiem, po czym zaczął potrząsać moim ciałem.
- Przestań! To boli! - wykrzyczałam poprzez łzy.
- Jak mogłaś?! Najpierw pieprzysz się ze mną i mówisz mi, ze mnie kochasz, a chwilę później lecisz do niego! Czy ty naprawdę jesteś aż taka głupia, że myślałaś, że się o niczym nie dowiem?! No odpowiedz! - ponownie mną potrząsnął.
- Harry... ja.. ja nie chciałam. Ten pocałunek...
- Nic dla ciebie nie znaczył?! Tak?! To była tylko chwilowa utrata kontroli?! Pytam się! - nadal krzyczał.
- Nie masz prawa mnie osądzać po tym, jak regularnie zdradzałeś mnie z tą szmatą! Wtedy wszystko było okay?! Starałam się, próbowałam ci na wszelki sposób dogodzić, czekałam do rana aż wrócisz do domu, a ty nie wracałeś. Byłeś u niej! I nigdy ci tego nie zapomnę. Bez względu na to co byś zrobił i jakich użyłbyś słów, żeby mnie przekonać, że mnie kochasz, to ja i tak nigdy o tym nie zapomnę! - wykrzyczałam prosto w jego twarz i wyrwałam się z jego uścisku.
- Myślałem, że to już za nami. - zaszedł mi drogę.
- To nigdy nie będzie za nami. Jesteś kobieciarzem. Żadnej nie przepuścisz. - powiedziałam patrząc w jego oczy i go odepchnęłam. To go zdenerwowało. Ponownie opadł w furię i sama nawet nie wiem kiedy wymierzył mi siarczysty policzek. Natychmiastowo przyłożyłam lodowate dłonie do bolącego i zaczerwienionego miejsca i spojrzałam w jego oczy z żalę, rozczarowaniem i obawą. - Ty się nigdy nie zmienisz? - zapytałam. Chciał odpowiedzieć, ale nie zdążył, gdyż uciekłam do swojego pokoju i zamknęłam się w nim na klucz.
Cała zalana łzami rzuciłam się bezwładnie na łóżko i chciałam umrzeć. Czułam, że śmierć to jedyna rzecz, która może mnie wyzwolić od tego bólu, który katował moje serce i duszę. On mnie unicestwia. Liam miał rację. Nie jestem już dłużej sobą. Zmieniłam się pod każdym względem. Boję się wszystkiego co mnie otacza, boję się zaufać, nie tylko samej sobie, ale też wszystkim innym wokół, zmuszam się do udawania uśmiechu i radości. Wstydzę się mojego życia, bo na pozór mam wszystko, ale w rzeczywistości nic i nikogo. Nie chcę już tak dłużej żyć. Nie chce żyć już u jego boku. Jedyne co mi pozostało to albo ucieczka, albo śmierć. Wszystko, byle z dala od niego. 

***Harry***

Miałem Liama za jednego z najlepszych przyjaciół, traktowałem go niczym brata, a on wykorzystał pierwszą lepszą okazję żeby dobrać się do mojej żony. Jak mógł?! Czy on nie rozumie, że ja ją kocham i nie pozwolę jej tak zwyczajnie odejść? Jest moja i nic tego nigdy nie zmieni. Wiem, że potrafię ją ranić, ale mimo to się kochamy. Daliśmy sobie tego dowód dzisiejszego poranka. Nie chciałem uderzyć Liama, ale nie mogłem nad sobą zapanować. Poczułem, że odbiera mi moją miłość. Nikt z wyjątkiem mnie nie ma prawą jej całować. Nigdy. Jest mi wstyd, że ją tak sponiewierałem dzisiaj. Ponownie ją uderzyłem. Niczym damski bokser. Nie chcę tego robić, nie chcę używać przemocy w stosunku do niej, ale tylko wtedy jest posłuszna i dopuszcza mnie do słowa. Ranię ją, choć tego nie chcę. Może faktycznie lepiej byłoby gdybym dał jej wolność? Wtedy przynajmniej nie cierpiałaby z mojego powodu. Co ja wygaduję?! Ona nie może ode mnie odejść. Nie ma w sobie na tyle siły i nie jest głupia. Wie, że rozstając się ze mną straci wszystko. Ponownie będzie nikim.
Kiedy trochę ochłonąłem postanowiłem pójść do niej. Czułem, że muszę ją przeprosić. W końcu to nie ona go pocałowała...
- Maddie wpuść mnie, proszę. - powiedziałem stojąc pod drzwiami do jej pokoju i pukając na nie. Nikt się nie odezwał. Nacisnąłem więc klamkę. Zamknięte. - Maddie, proszę. Otwórz. - ponownie poprosiłem. Brak odpowiedzi. Zacząłem się martwić. - Maddie! - krzyknąłem przerażeniem. W głowie zaczęły mi się kumulować same głupie, przykre i czarne myśli. A co jeśli coś sobie zrobiła? Po chwili jednak dobiegł mnie dźwięk przekręcanego w zamku klucza, po czym drzwi się uchyliły, co miało sygnalizować, żebym wszedł do środka.
- Wszystko dobrze? - zapytałem na wstępie. Maddie siedziała w bezruchu na skraju łóżka przyglądając mi się. Nie odezwała się ani słowem, tylko skanowała wzrokiem każdy kontur mojej twarzy i sylwetki oraz tatuaże prześwitujące spod białej bluzki. W kącie pokoju dostrzegłem coś, co mnie zaniepokoiło. - Walizki? -zapytałem nagle zdziwiony, gdyż do Los Angeles mieliśmy lecieć dopiero za dwa dni.
- Gratuluję spostrzegawczości. - przemówiła nagle.
- Po co ci one? - dociekałem.
- A jak ci się zdaje? Hmmm?
- Do Los Angeles mamy... - nie pozwoliła mi dokończyć zdania.
- To koniec.- zakomunikowała mi.
- Maddie o czym ty mówisz?- wystraszyłem się i kucnąłem naprzeciwko niej kładąc dłonie na jej udach.- Czemu chcesz to zrobić? Przecież...
- Bo się ciebie boję. -spojrzała w moje oczy. W jej spojrzeniu malował się sam smutek, rozczarowanie, ból i strach.
- Nie mas czego. Kochanie, ja nie chciałem cię skrzywdzić. Na prawdę. Przysięgam. Nie chciałem cię uderzyć. To stało się tak nagle... sam nie wiem kiedy. Skarbie, uwierz mi.
- Wierzę, ale to nadal niczego nie zmienia. Odchodzę. - oświadczyła po czym podniosła się z miejsca i ruszyła w stronę walizek, aby je zabrać. Nie mogłem jej puścić, nie chciałem. Przylgnąłem całym sobą do jej pleców i objąłem ją mocno ramionami. Ucałowałem jej szyję.
- Nie idź, proszę. - ponownie musnąłem jej pachnącą skórę wargami. - Zostań ze mną. - przeniosłem jedną ze swych dłoni na jej pierś. - Kocham cię. Nie puszczę cię.- zakomunikowałem. - Nie poradzę sobie tutaj bez ciebie.
- Przepraszam Harry, ale chcę w końcu być szczęśliwa. - odparła niewzruszona, po czym wyrwała się z moich ramion, chwyciła szybko walizki i wybiegła z nimi z domu , pod którym zaparkowany był jej samochód. Pobiegłem za nią, złapałem ją w momencie w którym wsiadała do auta i ze łzami w oczach błagałem, żeby nie odchodziła, ale posłuchała mnie. Pocałowała mnie tylko namiętnie i wsiadał do auta, po czym z piskiem opon odjechała. Nie wiem nawet dokąd. Mój świat się w tamtym momencie zawalił. Czułem, jakby wszystko w co wierzyłem tak zwyczajnie umarło i pozostawiło po sobie tylko pustkę, której nic nie jest w stanie zapełnić. Nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić. Straciłem ją. Nie chciała już dłużej ze mną żyć, pomimo tego, że mnie kochała. Aż takim tyranem byłem? Stałem jeszcze przez moment przed domem chcąc zebrać myśli do kupy, ale to było zwyczajnie niemożliwe. Po kilku minutach wszedłem do domu i pierwsze co rzuciło mi się w oczy to nasze ślubne zdjęcie, na którym wyglądaliśmy na najszczęśliwszych ludzi na świecie i byliśmy nimi. Nigdy nie przypuszczałem, ze tracąc ją odczuję taki ból, że tracąc ją stracę część mojego życia.


***Maddie***
To, że kocham Harrego z całego serca nie jest w stanie wymazać z pamięci wszystkich ran, które odbiły się piętnem na mojej duszy. Straciłam wiarę nas. Postanowiłam zrobić coś dla siebie i odejść. To nie było dla mnie łatwe. Na początku nie traktował mnie poważnie, a potem ujrzałam w jego oczach łzy w momencie w którym błagał mnie bym została, bo mnie kocha. Za późno się opamiętał. Kiedy wsiadałam do mojego auta i ruszyłam z piskiem opon, nie wiedziałam w którą stronę mam jechać. Nie wiedziałam gdzie się podziać, gdzie szukać schronienia, kto mnie przygarnie i jak przemknąć niezauważoną obok ludzi, którzy będą chcieli zrobić kolejną sensację na pierwsze strony gazet publikując moje zapłakane zdjęcie. Chyba właśnie w tym momencie uświadomiłam sobie, że prócz Harrego, nie miałam nikogo więcej na tym świecie.

Mamy już IV rozdział. Też uważacie, że wyszedł strasznie krótki?! Mam do was prośbę kochani. Jeśli chcecie być informowani o kolejnych rozdziałach, to napiszcie w komentarzu swoje username z tt i do tych osób będę wysyłać informację o tym, że pojawił się nowy rozdział itp. :) Dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądają xx Przypominam jeszcze o ankiecie w górnym, prawym rogu :)

sobota, 19 kwietnia 2014

You & I - rozdział I (Niall Horan ff)


YOU & I





                      Ostatnie sekundy meczu. Piłka toczy się po zielonej murawie przyszkolnego stadionu. Wynik 3:1 dla Loreto College. Jeszcze jedno, decydujące zagranie, szybkie okiwanie przeciwnika, przejęcie piłki, mocne wybicie i... słychać głośny wiwat dobiegający ze stadionu. Udało się. Wynik podbito do 4:1 w ostatniej setnej sekundy. Zewsząd dobiegają głośne piski, śpiew cheerleaderek, radosne okrzyki całującego ziemię trenera i głośny śmiech zwycięzców. Królowie szkolnych korytarzy. Tomlinson, Payne i Styles – władcy całego Mullingar, a pośród nich gdzieś tam jestem ja – wesołek okupujący trybuny za każdym razem, kiedy jego kumple wejdą na stadion. Nie jestem taki jak oni. Nie mam wokół siebie wianuszka dziewczyn, nie jestem pewny siebie, nie mam talentów piłkarskich i pomimo przyjaźni z nimi, nie jestem wcale, a wcale popularny. Można powiedzieć, że znikam w ich cieniu. Nie przeszkadza mi to. Lubię moje życie takim jakie jest. Imprezy do białego rana i ciągle coraz to nowsza dziewczyna u mojego boku nie jest tym, czego potrzebuję do szczęścia. Spełnieniem moich marzeń po ciężkim dniu w szkole jest rzucenie książek w kąt pokoju, nastrojenie mojej obecnej dziewczyny – gitary, chwilowe pokaleczenie muzyki, następnie krótka drzemka i na samym końcu zerknięcie do zeszytów – tak wygląda mój wieczór, kiedy jestem w dobrym nastroju, a kiedy w podłym, to zwyczajnie wchodzę do pokoju, klasycznie i rytualnie rzucam plecak w jeden z czterech kątów pokoju, otwieram okno na oścież, siadam na parapecie, biorę do rąk gitarę, gram jakieś smętne ballady o nieszczęśliwej miłości i do końca dnia krzątam się po pokoju trwając w głębokim zamyśleniu o dziewczynie o włosach brązowych niczym słodka nutella, oczach zielonych niczym jabłkowe landrynki i ustach czerwonych niczym dorodne, pyszne truskawki. Na dodatek ma taką śliczną brzoskwiniową cerę. Wiem, że nie ładnie porównywać ją do jedzenia, ale nic na to nie poradzę, że sześćdziesiąt procent rzeczy o których myślę i mówię sprowadza się do jedzenia. Ta dziewczyna jest urocza i tajemnicza. Większość szkoły nie zna nawet jej imienia. Ale ja tak! Katy Akerly. Miłość mojego życia. Codziennie przyjeżdża do szkoły na desce i następnie niosąc ją pod pachą niemalże niezauważona mknie korytarzem pod salę lekcyjną. Mijamy się codziennie, ale ona ani razu nie obdarzyła mnie ani jednym nawet najbardziej przelotnym i przypadkowym spojrzeniem. Katy żyje swoim życiem. Mało z kim z tej szkoły utrzymuje kontakt. Może to dlatego, że jest tu nowa i jeszcze prawie nikogo nie zna? Być może. Ta dziewczyna ma dwa oblicza. To które prezentuje w szkole jest "diabelskie" i dowodzi temu, że jeśli ktoś ją zaczepi, to nie zawaha się od targania go za szmaty. Jest zadziorna. Jej druga twarz to prawdziwy aniołek, którego mało kto zna... No cóż ja też nie znam, ale wiem, że istnieje. Od pierwszego momentu wpadła mi w oko, potem zauroczenie nią rosło z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc, aż udało mi się w końcu dyskretnie wybadać, jak się nazywa, gdzie mniej więcej mieszka i czy ma chłopaka. Jest singielką. To nawet dobrze się składa. Ja i Katy mamy razem angielski i wf, ale ona zdaje się, że przez trzy miesiące swojej obecności w mojej szkole i siedzeniu kilka ławek przede mną, jeszcze nie zauważyła, że ktoś taki jak Niall Horan żyje, siedzi za nią, próbuje zwrócić na siebie uwagę i zamiast skupić się na lekcji, wpatruje się w nią jak w obrazek i kompletnie odpływa do przepięknej krainy, gdzie panuje wieczna szczęśliwość, a ona jest moją dziewczyną. Ta sytuacja jest taka beznadziejna... a ja tak strasznie zakochany.
                     Po meczu udałem się do szkoły. Snułem się długim korytarzem zawracając sobie głowę moją brązowowłosą anielicą, przez co niechcący staranowałem kilka osób mijających mnie. Kiedy znalazłem się już w wyznaczonym miejscu, czyli pod oknem, gdzie miałem czekać na przyjaciół, którzy po męczącej grze musieli się odświeżyć i przebrać w normalne ciuchy, uniosłem wzrok i doznałem stanu hibernacji.
- Podejdź do niej i zagadaj. - powiedział nagle Harry Styles – mój przyjaciel i tym samym jedna z gwiazd szkolnej drużyny piłkarskiej, kiedy zauważył, że znowu z osłupieniem gapię się na obiekt moich westchnień, który właśnie dwadzieścia metrów dalej, siedząc na ziemi pod swoją szafką czyta jakąś książkę.
- Od jak dawna tu już stoisz? - zapytałem nadal wpatrując się w ten sam punkt. Nie zauważyłem, kiedy cała trójka się tu przypałętała.
- Dość długo, żeby wiedzieć, że cię ścięła z nóg. - odparł klepiąc mnie w ramię, co sprawiło, że się wzdrygnąłem i powróciłem na ziemię.
- Nie warto. - westchnąłem ciężko i wskoczyłem tyłkiem na parapet.
- Warto. - zanegował mnie Liam Payne – rozgrywający.
- Nooo chyba, że mam to zrobić za ciebie. - wtrącił się Louis Tomlinson – kapitan. - Hej! Ka... - nie dokończył, gdyż zasłoniłem mu twarz dłonią, co tylko wywołało śmiech u moich kolegów.
- Jesteś jak duże dziecko. - zirytowałem się nie na żarty.
- My tylko staramy się pomóc. - wytłumaczył Styles opierając się ramieniem o szafkę. - Nie możesz się bać. Uwierz w siebie.
- Łatwo ci mówić. - wymamrotałem.
- Do cholery, Horan! Albo do niej zagadasz, albo wszyscy tu z tobą oszalejemy! Masz wahania nastroju niczym baba w ciąży. Idż, pogadaj, albo napisz na fejsie i zaproś na randkę. Możliwości jest wiele.
- Ty! To dobry pomysł! - ucieszyłem się, kiedy Louis wspomniał o tym fejsie. - Jak sobie założy, to napiszę. - dodałem po chwili z nadąsaną miną, kiedy skojarzyłem, że nie ma konta.
- To zróbmy tak: Po szkole będziesz biegł rozpędzony i wpadniesz na nią, jak będzie wracać do domu... no wiesz, niby przypadkiem, nie zauważyłeś jej... pewnie na początku będzie zła, ale potem jakoś się rozmowa rozkręci. - wyskoczył ni stąd ni zowąd Payne.
- Jak ty to sobie wyobrażasz? Mam rozgnieść na chodniku kobietę mojego życia? - uniosłem lewą brew.
- A rób jak chcesz. Cokolwiek wymyślimy, to ty i tak to zanegujesz. - westchnął Styles.
- Może by tak się założyć? - na twarzy Tomlinsona zawitał chytry uśmieszek.
- O co? - zaciekawiłem się.
- O to, że jeśli do niej zagadasz do końca tygodnia, to oddam ci moją wejściówkę na mecz Real Madryt.
- Real Madryt? - zdziwiłem się. - Nie chcę. - pokiwałem przecząco głową. - Tym bardziej, że wejściówkę masz tylko jedną, a jeśli z nią pogadam, to założę się, że będą mi już potrzebne dwie. - zaśmiałem się wesoło.
- Twój wybór. - wzruszył ramionami Louis.
- Racja... lepiej siedzieć tu bezczynnie i czekać na cud. - przekręcił oczami Styles.
- Może ona do ciebie pierwsza zagada, nie martw się. - Payne próbował mnie jakoś pocieszyć.
- Prędzej wyrwie ją ktoś inny. - wtrącił się Lou. Jak zwykle był szczery aż do bólu.
- Dobra, zejdźcie ze mnie. - wkurzyłem się trochę i zeskoczyłem z parapetu po to, aby wygrzebać coś z dna plecaka. - Mam! - krzyknąłem z zachwytu, kiedy dogrzebałem się do mojej ostatniej kanapki.
- Horan, ona sobie już poszła... - szturchnął mnie Harry, kiedy byłem zajęty rozpakowywaniem jedzenia.
- Jakoś straciłem apetyt. - posmutniałem i położyłem bułkę na parapecie.
- Zamawiam! - krzyknął Tomlinson sięgając po nią.
- Ani. Mi. Się. Waż. - przecedziłem każde słowo przez zęby i pacnąłem go z całych sił w dłoń, która chciała mi odebrać śniadanie.
- Ty się zastanów co ty wyprawiasz! - wkurzył się trochę. - Lubisz tę dziewczynę? - kiwnąłem twierdząco głową – To weź się w garść i zagadaj. Zapytaj chociażby kiedy macie test z angielskiego. Cokolwiek. Do cholery, bądź facetem!
- Dobra, zrozumiałem. Zamknij się już bo jeszcze ktoś usłyszy. - uciszyłem go. Na szczęście korytarz był pusty. Wszyscy z wyjątkiem naszej czwórki byli na apelu. Nawet nie wiem, po co dyrektor chciał zwołać uczniów. Średnio mnie to interesowało. Ja miałem ważniejsze sprawy na głowie. Musiałem się psychicznie przygotować do tego, że za równe 5 minut ta cała szopka rozgrywająca się gdzieś na sali gimnastycznej się skończy i uczniowie pójdą na lekcję, a ja według planu mam mieć teraz... angielski. Znowu będę siedział godzinę i patrzył się na tył jej głowy, marząc, że może się odwróci i mnie w końcu zauważy. Tak, zauważy – w moich marzeniach. Tak jak przypuszczałem, apel zakończył się równo z przerwą i musiałem iść do klasy. Znalazłem się w niej jako pierwszy, chwilę po mnie weszła reszta klasy. Skanowałem wzrokiem każdego z osobna, wchodzącego do klasy. Byli już wszyscy, ale z wyjątkiem Katy. Zacząłem się o nią martwić. A co jeśli coś się jej stało? Co jeśli spadła ze schodów, albo ktoś ją ogłuszył, związał, zapakował do worka i wyniósł ze szkoły, albo co gorsza, co jeśli nastąpiła inwazja kosmitów i za równą godzinę Ziemia przestanie istnieć, a ona jest tajnym agentem który ma walczyć z obcymi?! Przecież nie mogę pozwolić, aby narażała swoje życie w imię ludzkości! Do głowy przychodziły mi same głupie scenariusze. "Za dużo science-fiction Niall." powiedziałem do siebie półgłosem, przez co oczy całej klasy łącznie z nauczycielką sprawdzającą obecność zwróciły się w moją stronę.
- Panie Horan, czy chce pan przeprowadzić dzisiejszą lekcję w moim imieniu? - odezwała się nasza terrorystka. Wstrętne babsko, której twarz wygląda niczym twarz Pinokia po inwazji korników. Zmarszczka na zmarszczce, zmarszczkę przykrywa. Oooooooo nigdy jej nie wybaczę tego, że w pierwszej klasie, czyli równe dwa lata temu zabrała mi kanapkę i wrzuciła do kosza. Zło wcielone.
- Nie. - odparłem spuszczając głowę.
- W takim razie co się mówi? - zapytała kobieta.
- Przepraszam. - odburknąłem.
- Przepraszam co? - podniosła się z miejsca i ruszyła na tył klasy wolnym krokiem zatrzymując się przy mojej ławce z skrzyżowanymi rękami.
- Przepraszam Pani Wrigley. - odparłem z wymuszonym, szerokim uśmiechem.
- Oj Horan, Horan. - westchnęła. W tym też czasie zza drzwi dobiegło ciche pukanie, po czym drzwi się uchyliły.
- Przepraszam za spóźnienie. - powiedziała dziewczyna wchodząca do środka. Była to oczywiście moja najśliczniejsza zguba.
- Jest pięć minut pod dzwonku. - zaznaczyła Wrigley – Powinnam cie wyprosić z klasy. - dodała.
- Na prawdę przepraszam. Rozmawiałam z panem od matematyki. - odezwała się Katy.
- Dobrze, więc w takim razie dzisiaj otrzymasz tylko upomnienie. Lepiej, żeby się to nie powtórzyło następnym razem. - rzekła srogo po czym wróciła do swego biurka. - Idź do ostatniej ławki. Tylko tam jest wolne miejsce. - dodała siadając na trzeszczącym krześle.
Zaraz... ostatnia ławka?! Co?! Nie, nie, nie... to nie może być prawda! Ja siedzę w jednej z ostatnich ławek i tylko obok mnie jest wolne miejsce. Poczułem, że słabnę.
- Cześć. - rzuciła siadając obok mnie.
- H-h-hej. - odparłem, czując jak kropelki potu gromadzą się na moim czole. Wytarłem je szybko w rękaw bluzy, tak wiem, obrzydliwe, ale na szczęście ona była zbyt zajęta wypakowywaniem książek , żeby to zauważyć.
- Pisaliście coś? - zapytała nadal grzebiąc w swoim plecaku.
- N-n-nie. Nie. - wydukałem. Nagle nie wiem czemu, zacząłem mieć nie skoordynowane ruchy dłoni.
- Okay. - wzruszyła ramionami i położyła torbę na podłodze.
Nie wiedziałem, co mam zrobić. Byłem zestresowany, przerażony, sparaliżowany, czułem, że cały oblany jestem zimnym potem, a moja twarz ma kolor dorodnego, czerwonego jabłka, na dodatek słyszałem szepty między moimi kumplami. Niech no ja ich tylko dorwę po lekcjach. Bałem się spojrzeć w bok, na Katy Już chyba zrobiłem z siebie dostatecznego debila.
- Ty jesteś Niall, prawda? - zapytała, a ja kiwnąłem twierdząco głową gapiąc się w okno. - Wiesz może do której czynna jest szkolna biblioteka? - wyszeptała.
- Y-y-y.. j-ja.. t-tak, to znaczy n-nie.. to j-ja... ona... - zacząłem się gmatwać w słowach. Sam nie jestem pewien, czy aby na pewno dobrze zrozumiałem pytanie.
- Niall? - zapytała ponownie.
- J-jestem Niall. - kiwnąłem twierdząco głową nadal gapiąc się w okno.
- Okay... dzięki za info. - powiedziała. Co prawda nie widziałem tego, ale jestem pewien, że przewróciła oczami w tamtym momencie.
Nie ma co, popisałem się inteligencją. Przecież ona ma mnie teraz za jakiegoś przygłupa, który nawet nie umie się wysławiać. Brawo Horan! Jest twoja! - zakpiłem z samego siebie w myślach i miałem ochotę zetrzeć samego siebie z powierzchni ziemi. Ta lekcja dłużyła mi się niemiłosiernie. Pani Wrigley w kółko o czymś gadała, ale nie mam pojećia o czym. Byłem zajęty tym, że zrobiłem z siebie idiotę w oczach najcudowniejszej dziewczyny pod słońcem.
- Dobrze, więc teraz podzielę was w grupy. - nauczycielka wstała z miejsca szurając głośno krzesłem, przez co podskoczyłem na stołku z powodu niespodziewanego i nieprzyjemnego dla uszu dźwięku. - Albo nie. Projekt zrealizujecie w takich parach, w jakich siedzicie dzisiaj w ławce. Wszystko jasne?! - zapytała.
- Tak. - odpowiedział chórkiem klasa. Kilka sekund później zadzwonił dzwonek. Chciałem założyć kaptur na głowę i uciec, ale Katy mnie jeszcze zatrzymała.
- Mam robić razem projekt, więc przydałoby się spotkać dzisiaj, albo jutro, żeby omówić szczegóły. - powiedziała.
- Ok. - odparłem krótko wpatrując się w czubki moich butów.
- Dobra, w takim razie, może spotkamy się dzisiaj u ciebie? - zapytała.
- Jasne. - odparłem.
- Podasz mi może adres?
- Naprzeciwko szkoły, biały dom, duży, mały, biały dom.
- Czekaj, jaki? - dopytywała się.
- Biały. - wzruszyłem ramionami.
- Ale tam są dwa domy... jeden duży, drugi mały. Więc który bo powiedziałeś...
- Ten mniejszy. - rzuciłem i uciekłem.
Raz, dwa, trzy... Niall ty deklu! Kiedy wybiegłem z klasy, wziąłem głęboki wdech. Zaraz po mnie z klasy wyszli Liam, Harry i Louis.
- Jestem Niall? Poważnie? - zaśmiał się Louis.
- Cicho siedź. - wkurzyłem się.
- Stary, czy ty wiesz co ty tam odwaliłeś? Słyszałeś samego siebie? - zapytał Styles.- Dziewczyna się produkowała, zadawała ci masę pytań, żeby rozkręcić rozmowę, a ty co? Głowa w okno i śluby milczenia? - dodał.
- Zawaliłeś. - westchnął Liam.
- Noooo wiem! - uderzyłem pięścią w szafkę.
- Więc ona ma dzisiaj u ciebie być. - stwierdził Tomlinson.
- Kto? - zapytałem zdezorientowany.
- Yyy Katy? - zapytał z sarkazmem Liam.
- Po co?! - wystraszyłem się.
- Macie robić razem projekt. - odparł Harry.
- Jaki projekt? - ulokowałem w nim moje spojrzenie, które ewidentnie domagało się jakichkolwiek wyjaśnień.
- Dobrze, już dobrze, Louis przy tobie jest. - chłopak zaczął się śmiać i przytulił mnie do siebie.
- Ja na serio się z nią umówiłem? - spojrzałem na Liama. Czułem, że tylko on może mi udzielić wiarygodnej odpowiedzi.
- Tak. Ma przyjść do ciebie, ale nie powiedziała kiedy. - wyjaśnił.
- Ha. Haha. Hahahahaha. Narazie! - krzyknąłem i zacząłem pędzić jak na złamanie karku.
                    Nawet nie wiem, kiedy wybiegłem ze szkoły, pokonałem parking, szkolny trawnik, ruchliwą ulicę, otworzyłem dom i wpadłem do mojego pokoju. Chyba nadal do mnie nic nie docierało. Wziąłem głęboki wdech i powiedziałem do siebie: "Horan... weź się w garść. Dzisiaj będzie tu dziewczyna twoich marzeń i masz ją oczarować." Następnie rozejrzałem się po pokoju, panował w nim ład i porządek. "Chociaż tyle" pomyślałem. Podszedłem do półki na której stała moja wieża i zapodałem jakąś muzykę. Uznałem, że nie wypada przyjąć jej będąc w tych samych ciuchach, więc otworzyłem szafę na oścież i wyjąłem z niej najlepsze ciuchy i udałem się do łazienki, gdzie się odświeżyłem i zmieniłem strój. Po kilku minutach byłe gotowy. Usiadłem więc na kanapie w moim pokoju i czekałem aż się zjawi. Każda sekunda oczekiwania zdawała się trwać całe wieki.

~To be continued~


Jest już ponad 5k wyświetleń i z tej okazji postanowiłam dodać I rozdział nowego opowiadania. Pamiętacie ankietę na temat tego, o kim ma być kolejne ff? Wygrał Horan, więc macie tu go :D Mam nadzieję, że was choć trochę wciągnął pierwszy rozdział :)
Kolejny zarówno SOML jak i Y&I pojawi się już niebawem ♥

6kom = next chapter ☺