GRY
trwa inicjalizacja, prosze czekac...

poniedziałek, 28 lipca 2014

Rozdział VII - Story of my life





***Harry***

                    Nienawidzę tej przeraźliwie hałaśliwej głuszy, która opanowała moje życie. Przytłacza mnie blask promieni słonecznych, szum kołyszących się na wietrze koron drzew, dudnienie rozbijających się o parapet kropel deszczu. To ta samotność w której muszę je znosić mnie przytłacza. Nie mogę się już dłużej oszukiwać. Tęsknię za nią. Nie chcę wyrzucać jej ze swojego życia, nie chcę budzić się tutaj samotnie, nie chcę do końca moich marnych dni cierpieć na brak jej dotyku czy choćby zabójczego spojrzenia. Nie chcę, aby na jej drodze pojawił się ktoś nowy, ktoś kto mógłby mnie zstąpić, nie chcę jej ranić i być ranionym. Chcę tylko móc wziąć ją w moje silne ramiona, zapewnić spokój i bezpieczeństwo, chcę odpokutować każdą krzywdę, którą jej wyrządziłem, chcę by Bóg dał mi jeszcze jedną szansę, abym mógł jej udowodnić, że potrafię i chcę się zmienić, że chcę dla niej stawać na głowie, dokonywać niemożliwego, że chcę odkupić każdą wylaną przez nią łzę. Chcę dać jej miłość i szczęście. Ja bez niej nie istnieję. Nie istnieję bez niej, bo to ona jest moim powodem do istnienia. Nic, ani pieniądze, ani popularność, ani też miłość fanów, nie dawały mi nigdy tyle radości, co widok uśmiechu na jej twarzy wywołanego przeze mnie. Muszę coś zrobić, żeby ją odzyskać. Jak ja mogłem nie zauważyć, jak mocno ją kocham? Jak mogłem być takim wyrafinowanym gnojkiem? Jak mogłem pozwolić wleźć tej szmacie między nas? Jak mogłem podnieść na nią rękę? Jak?! Przecież ona cierpiała... Ona tak bardzo cierpiała... To z mojej winy tak szlochała po nocach, z mojej winy jej serce okół lód. Zniszczyłem Maddie. Zniszczyłem kobietę, która mnie kochała. To przecież dzięki mnie zaczęła pić. Była alkoholiczką, być może w dalszym ciągu nią jest. Nigdy mnie to specjalnie nie interesowało. Wszystko co odczuwała było dla mnie niczym. Ona MUSI do mnie wrócić, nawet, jeśli miałbym teraz, już, zaraz lecieć do Paryża. 


***Maddie***

                     To była długa noc. Pewnie myślicie, że to ze sobą zrobiliśmy... cóż, muszę Was rozczarować. Nie byłam w stanie oderwać swoich myśli od Stylesa. Chciałam go zdradzić, iść na całość z tym francuzem, ale nie mogłam. Jedyne co miało miejsce tej nocy, to kilka głębokich, pełnych pasji pocałunków, nic więcej. Rano, od razu po przebudzeniu pozbierałam swoje rzeczy i bez słowa zmyłam się z jego mieszkania. W nosie mam jak on to zinterpretuje. Czułam się... brudna. Brudna duchowo. Ludzie mijający mnie na ulicy, mierzyli mnie spojrzeniami, albo ja tylko odnosiłam takie wrażenie. Tak czy siak, miałam dość Paryża. To miasto nie jest dla mnie, kiedy muszę podziwiać jego urok w samotności, lecząc złamane serce, które nie chce się zrosnąć. Wszystko jest nie tak, jak powinno być. Styles pewnie pieprzy się teraz z tą swoją dziwką, więc dlaczego ja nie mogłabym pozwolić sobie na chwilę zapomnienia w ramionach Fabiena? No właśnie. Co mnie więc blokuje? 
Kiedy dotarłam do hotelu, udałam się od razu do mojego pokoju. Room serwis pozostawił na mojej poduszce czekoladki. Od wieków nie jadłam słodyczy. W gruncie rzeczy, to nawet za nimi nie przepadam, ale widząc je, dostałam tak nieopisywalnej ochoty aby je skosztować, że sama nie wiem, kiedy pudełko było puste. Pewnie pójdzie mi w biodra. A niech idzie gdzie chce! Nie mam już dla kogo być piękną, a nawet wtedy, kiedy jeszcze miałam, moja uroda nie uchroniła mnie przed jego zdradą... No cóż, bywa. Odłożyłam puste opakowanie po pomadkach na półkę nocną, a następnie ociężale podniosłam się z łóżka kierując się wolnymi krokami do łazienki, w której wzięłam szybką kąpiel. Po wyjściu z wanny, usłyszałam, jak mój telefon dzwoni. Zarzuciłam więc na siebie szlafrok hotelowy i pobiegłam do pokoju, w którym dźwięcznie rozlegał się sygnał mojego dzwonka. Podeszłam do ławy, na której leżała moja komórka. Zauważyłam, że na wyświetlaczu widniała nazwa kontaktu: „Liam”. Przewróciłam oczami i wzięłam głęboki wdech. Sama nie wiem czemu, ale zdecydowałam się odebrać. 
- … - czekałam w milczeniu, aż Payne odezwie się pierwszy. 
- Maddie! Dzięki Bogu! Nawet nie wiesz jak bardo się o ciebie martwiłem. - zaczął podenerwowany. - Dlaczego to robiłaś? Głupia jesteś? Nie powinnaś być sama w Paryżu. 
- Coś jeszcze? - zapytałam. 
- Wróć... - poprosił. 
- Zrobiłam to, czego po mnie oczekiwałeś, odeszłam od Harrego, mało ci? - zapytałam. 
- Mało mi? Czy mi mało? O czym ty mówisz? - usłyszałam.
- O tym, że to twoja wina Liam! Gdybyś sobie czegoś nie wbił do głowy, to... - wzięłam głęboki wdech. - Nieważne. - mój głos trochę zadrżał. 
- On cię kocha. - westchnął do słuchawki. 
- A ty? - dociekałam. 
- Przecież wiesz, że tak. - potwierdził. 
- A chcesz być ze mną? 
- O niczym innym nie marzę, ale to niemożliwe. Ty mnie nie kochasz. Dobrze o tym oboje wiemy, Styles też wie, że nie widzisz świata poza nim. Wiem o co ci chodzi Maddie, ale mnie w to nie wciągaj. Nie igraj z moim sercem, proszę cię. - jego głos zadrżał. 
- Nie chcę eksperymentów. - sprostowałam.
- Ale chcesz, żeby cierpiał. Znam cię. Harry już wystarczająco cierpi. Uwierz mi. Dam ci radę... zapomnij o nim, zostaw go daleko za sobą, żyj tak, jakby on nigdy nie istniał, proszę. Mszcząc się na nim, niczego nie osiągniesz. - dodał.
- Nawet nie wesz, o co mnie prosisz. - odparłam.
- Wiem! Możesz sobie mówić co tylko chcesz, ale poza Harrym, tylko ja cię naprawdę znam. - usłyszałam. 
- Harry pewnie teraz baraszkuje z tą wywłoką. - zaniosłam się pustym śmiechem. 
- Nie wiem. - szepnął przez słuchawkę. - Możliwe. - dodał. - Albo... leży pijany na podłodze i po tobie płacze. 
- On nie płacze. - wtrąciłam – Nigdy nie płakał. Liam, nie mów mu, ale niedługo mam zamiar wyjechać z Francji. Czuję się tu nieswojo. 
- Gdzie pojedziesz? - zaniepokoił się. - Przecież nie masz dokąd jechać. 
- Przed siebie. 
- Pamiętaj, że mój dom zawsze stoi przed tobą otworem. Jeślibyś tylko chciała...
- Ale nie chcę! - przerwałam mu w pół zdania. 
- Dobrze. - westchnął. - Mogę coś dla ciebie zrobić?
- Tak. Dwie rzeczy... - zaczęłam niepewnie. Głos po drugiej stronie słuchawki się nie odezwał co znaczyło, że mam kontynuować. - Po pierwsze, to nie gniewaj się na Harrego. Proszę. Jesteście przyjaciółmi i walczcie o tę więź, która jest między wami, bo takiej przyjaźni nie znajduje się ot tak na ulicy. Może i zachował się jak skończony skurwiel, ale zrozum, że miał do tego prawo. Ty nie postąpiłbyś inaczej będąc na jego miejscu. Ufał nam obojgu a my... - mój głos zadrżał. - Po drugie, proszę, nie mów mu, że ze mną rozmawiałeś. Nie życzę sobie tego. - zaznaczyłam. - Pa. - rzuciłam i natychmiastowo odłożyłam słuchawkę.
                     Rozmowa z Liamem spowodowała, że do mojego serca napłynęły wyrzuty sumienia za tamtą noc, ponieważ nieświadomie rozdzieliłam dwójkę oddanych przyjaciół – mężczyzn, których na swój sposób kochałam. Położyłam się na łóżku i skryłam twarz w dłonie. Trwałam przez moment w bezruchu. Po chwili usłyszałam dzwonek telefonu. Myślałam, że to Liam, więc bez zastanowienia sięgnęłam po komórkę, aby anulować połączenie. W ostatnim momencie zerknęłam jednak na wyświetlacz, na którym widniało imię i nazwisko mojego menadżera. „O nie” - pomyślałam. Wiedziałam, że usłyszę swoje z jego ust. 
- Hallo? - wymamrotałam, kiedy już zdecydowałam się nacisnąć zieloną słuchawkę i przyłożyć ją do ucha.
- Czy ty już do reszty postradałaś rozum?! Do Paryża sobie pojechałaś? W trakcie przygotowań do Londyńskiego Tygodnia Mody?! I gdzie do cholery jest twój mąż?! Nie idzie się z nim skontaktować! Od dwóch dni nie odbiera telefonu i nie można się dobić do drzwi w rezydencji! Co wy dwoje sobie wyobrażacie?! 
- Harrego nie ma tu ze mną. - odparłam.
- Jak to go nie ma? To gdzie on jest? - dociekał.
- Nie wiem. Rozstaliśmy się. - rzekłam z marszu. 
- I ty to mówisz tak spokojnie jak gdyby nigdy nic?! - wkurzył się nie na żarty. 
- Tak. A wiesz czemu? Bo nasze całe małżeństwo było jedną wielką fikcją. Nie miało prawa bytu. 
- Nie mów głupstw! Masz czym prędzej wsiąść na pokład samolotu do Londynu, odnaleźć go i jutro chcę już was widzieć razem na bankiecie jako roześmianą, kochającą się parę. Jasne?! Będzie teraz Londyński Tydzień Mody i to on ma być pierwszym wydarzeniem w życiu Wielkiej Brytanii, Europy... Całego Świata! Rozumiesz?! A nie jakieś pierdy o tym, że szanownej księżniczce znudził się jej mąż, więc postanowiła go zostawić! - wygłosił swój monolog.
- Nie. - rzekłam stanowczo. - Nie będziecie dłużej kierować moim życiem w ten sposób! - krzyknęłam do słuchawki. 
- My? - zdziwił się.
- Ty, Styles, jego menadżer, fani, jakieś pieprzone intercyzy. Dosyć tego. Odtąd ja będę decydować o moim życiu. Ty nie masz prawa mówić mi, co ja mam robić i z kim sypiać w łóżku. Jesteś tylko od załatwiania mi sesji, pokazów oraz wkręcania mnie na wszelkie znaczące cokolwiek imprezy. Jasne? To jet twoja praca i nie wybiegaj poza zakres swoich obowiązków. Inaczej kto inny zajmie twoje miejsce. - zadecydowałam.
- A-a-ale Maddie... - rzekł kompletnie zaskoczony. - Wiesz, że za dwa tygodnie... za dwa tygodnie... jest... jest Tydzień Mody i ty musisz wziąć w nim udział... bo jak nie ty, to kto? - zapytał. Zrobił się potulny jak baranek. - Nie może na nim zabraknąć przecież diamentu modelingu. No Maddie, ta impreza nie istnieje bez ciebie. Proszę cię tylko, żebyś pojawiła się w Londynie dzień przed imprezą, bo musimy zrobić przymiarkę kostiumów. Pamiętasz jeszcze, że ty otwierasz Tydzień Mody? Musisz lśnić. Tak, musisz. Będziesz się skrzyć w światłach reflektorów i lamp błyskowych. A ten Styles? Masz rację, już dawno powinniście byli się rozstać. Lepiej u twojego boku na czerwonym dywanie prezentowałby się Timberlake.
- Skończyłeś już z tym dupowłaztwem? - zapytałam lekko rozbawiona jego nagłą zmianą nastawienia. 
- Słucham? Od kiedy zrobiłaś się tak opryskliwa? - zapytał oburzony.
- Odkąd posmakowałam prawdziwego życia. - westchnęłam. - Tak czy siak pojawię się na pokazie. 
- Chwała Bogu! - ucieszył się.
- Możesz przestać? - zmarszczyłam brwi. - Do zobaczenia Stiven. - rzuciłam i rozłączyłam się. 
                 Miałam już serdecznie dość tego, jak wszyscy starali się manipulować moim życiem w tak niezwykle wyrachowany sposób. Przyznam, że rozmowa ze Stivenem mnie rozgniewała. Co on sobie do cholery wyobraża? To on dla mnie pracuje, a nie ja dla niego, więc nie ma prawa mi rozkazywać. Z drugiej strony, co on miał na myśli, mówiąc, że nie da się skontaktować z Harrym? Zmartwiło mnie to, ale pewnie niepotrzebnie, bo dam sobie rękę uciąć, że teraz siedzi u Evy Virgo. I dobrze. Niech ją pieprzy tak długo, że aż ta flądra zdechnie. Ona zniszczyła wszystko co było między nami. Perfidnie wparował w nasze małżeństwo. To przez nią Harry mnie pierwszy raz uderzył. Przez nią spaliśmy w osobnych łóżkach. Przez nią nie rozmawialiśmy, tylko prowadziliśmy setki awantur. Przez nią zaczęłam szukać pocieszenia w alkoholu. To właśnie przez nią żyliśmy osobno, w jednym domu, ale osobno. Jeszcze śmiała obejmować go na moich oczach. Zniszczyła wszystko. Teraz, kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, dostrzegam moje przemiany wewnętrzne. Stałam się zimna, wyrachowana i oschła. Zmieniłam się o sto osiemdziesiąt stopni. Niestety na gorsze.



*** Liam ***

                       Bez przerwy wysyłałem do niej miliardy wiadomości, dzwoniłem, słałem maile, pisałem do niej w DM na Twitterze. Ona nie odpisywała, a ja odchodziłem od zmysłów. Czy ona naprawdę nie rozumie, jak bardzo się o nią boję? Nie wie, ile mnie kosztuje ślęczenie przy telefonie i wyczekiwanie, aż da mi znać co się dzieje? Różne scenariusze przychodziły mi do głowy. Bałem się, że sobie coś zrobiła. Po przebudzeniu postanowiłem do niej zadzwonić. Poprzednich telefonów nie odbierała i nie łudziłem się, że tym razem będzie inaczej, ale jednak – odebrała. Poczułem nieopisaną ulgę słysząc jej głos. Była na mnie zła. Był zła na cały świat. Na cały świat z wyjątkiem Stylesa – to było do przewidzenia. Przecież uciekła od niego, więc musiało się tam coś wydarzyć po moim wyjściu! Więc dlaczego teraz prosiła mnie, żebym nie chował do niego urazy? Ona go kocha. Jest zalepiona tą miłością. Zasługuje na dużo więcej niż Harry Styles. Zasługuje na mężczyznę, który nie da jej powodu do płaczu, na takiego, który zawsze będzie ją wspierał, który będzie w stanie rzucić wszystko, by biec do niej kiedy tylko go zawoła. On nigdy taki nie będzie. Nigdy nie postawi jej na pierwszym miejscu. Nigdy nie będzie jej kochał tak wspaniałą miłością jak... ja. To jest drań. Nigdy mu nie wybaczę, tego, że ją zniszczył. Maddie chce, żebyśmy nadal byli przyjaciółmi, ale jak? Przecież Harry mi ją odebrał. Ona sama nie wie, o co mnie prosi. Kocham ją całym sercem, więc spróbuję to zrobić DLA NIEJ. Nie jestem w stanie funkcjonować, wiedząc, że ona jest tam teraz sama, zdana tylko i wyłącznie na siebie. Wiem, że pewnie się nie ucieszy na mój widok, ale mam to w nosie. Lecę do Paryża. Udowodnię jej, że kocham ją mocniej niż on, bo on nigdy nie zdobędzie się na to, żeby się przed nią ugiąć.

***Harry***

                       Od samego rana wisiałem na telefonie. Obdzwoniłem wszystkie lotniska w Anglii chcąc znaleźć jakiś wolny bilet na dzisiejszy lot do Paryża. Liczyłem na to, że w Londynie będzie jakieś wolne miejsce na pokładzie, jednak przeliczyłem się. Jakiś idiota zabukował je dosłownie minutę przede mną. Dopiero na lotnisku w Leeds okazało się, że jest jeszcze coś wolnego. To dość daleko od Londynu, zresztą nie ważne. Liczy się tylko to, że zdobyłem bilet i już wieczorem będę we Francji. Już wieczorem będę mógł stanąć twarzą w twarz z Madeline. Uproszę kogoś z obsługi hotelu, by dał mi klucz do jej pokoju tłumacząc się, że chcę zrobić niespodziankę mojej żonie. Muszą się zgodzić. Wśliznę się do pokoju, kiedy ona będzie już spać, położę się u jej boku, odsłonię niesforne kosmyki włosów, które opadną na jej policzek, poprawię kołdrę, która za pewne ześlizgnie się z jej ciała, pogładzę jej włosy, policzek, ramiona. Będę się wsłuchiwał w to, jak spokojnie oddycha. Skradnę jej czuły pocałunek z czoła, ramienia, ust, a na samym końcu z dłoni. Będę ze łzami i z uśmiechem wpatrywał się w to, co kocham najbardziej na świecie. Będę u jej boku przez cały czas. I nie odstąpię od niej nawet na moment. Będę czuwał nad jej bezpiecznym snem, niczym anioł stróż, a kiedy się obudzi, kiedy otworzy swoje śliczne, zaspane oczka bez dłuższego zastanowienia skradnę jej namiętny pocałunek. Pewnie będzie się starała mnie odtrącić, ale nie pozwolę jej na to. Nie tym razem. Cokolwiek powie, czy zrobi, nie ruszę się z Paryża bez niej u mego boku. Kocham ją całym sobą. 
Teraz jedyny problem, to, jak się dostać do Leeds. Nie mogę jechać moim autem, ani poprosić żadnego z chłopaków, by mnie zawieźli, bo oni z pewnością powiedzą Liamowi, a on nie może wiedzieć, bo z pewnością zechce mi pokrzyżować moje plany. Pojadę więc taksówką. Samolot mam o 2030 . Więc już blisko 22 powinienem być na miejscu. Po drodze kupię jeszcze bukiet czerwonych róż – Maddie uwielbia róże. Wszystko się uda, ja to wiem. 




***Maddie***

- Chwileczkę! - krzyknęłam kiedy, usłyszałam, że ktoś dobija się do moich drzwi. Byłam jeszcze w szlafroku, więc szybko pobiegłam do walizki wyjmując z niej bieliznę oraz długi, rozciągnięty sweter... który spakowałam chyba przez pomyłkę, gdyż on należał do Harrego. Założyłam na siebie szybko ubranie i poszłam otworzyć drzwi. 
- Czy ktoś tu zamawiał śniadanie do łóżka? - usłyszałam roześmiany głos Fabiena. 
- Nie przypominam sobie. - uśmiechnęłam się delikatnie, czułam się skrępowana. Sama nie wiem czemu. Chłopak nie czekając na pozwolenie wparował do środka z hotelowym wózkiem pełnym jedzenia. 
- Pomyślałem, że będziesz głodna. - wyjaśnił.
- Okay. Dziękuję za troskę. - odparłam i zamknęłam za nim drzwi, po czym weszłam w głąb pokoju i usiadłam na skraju łóżka. Nie bardzo wiedziałam, jak powinnam się zachować. 
- Nie przywitasz się? - zapytał, po czym podszedł do mnie i znienacka skradł mi pocałunek, który zaczął się pogłębiać.
- Czekaj. - wyszeptałam mając nad przytwierdzone usta do jego ust. - Ja nie mogę. - dodałam.
- Dlaczego? - zdziwił się.
- Po prostu. - wzruszyłam ramionami. 
- Czemu rano wyszłaś bez pożegnania? - zapytał, po czym ponownie próbował mnie pocałować. 
- Bo nie chciałam cię budzić. - wyjaśniłam. 
- Wyglądasz tak seksownie w tym sweterku. - zaśmiał się i nachylił się nade mną w celu pocałowani mnie, przy czym chwycił moją dłoń. Odruchowo wyrwałam ją z jego uścisku i zrobiłam unik.
- To sweter mojego męża. - sprostowałam. - Zawsze go w nim lubiłam. Wyglądał tak... - zaśmiałam się sama do siebie. - wyglądał po prostu słodko. - spojrzałam na niego.
- Nie rozmawiajmy o nim teraz. - poprosił. 
- To o czym mamy rozmawiać? - zapytałam wpatrując się w jego oczy.
- O nas kochanie. - zaśmiał się. - Zakochałem się w tobie. - dodał z powagą.
- Nie wolno ci mówić takich rzeczy! - wkurzyłam się.
- Nie jestem w stanie powstrzymać tego, co czuję.
- Ale zrozum, że ja nigdy z tobą nie będę. Nie mogę. Nie mogę być z żadnym mężczyzną, bo żaden...
- Żaden nie jest nim? - zapytał przeszywając mnie spojrzeniem. 
- Przepraszam. - wyszeptałam. 
- Nie masz za co. Kochasz go. - uśmiechnął się blado. - Mimo to, ja nadal będę się do ciebie zalecał. - dodał z promiennym uśmiechem. 
                      Siedzieliśmy razem jeszcze przez kilka minut, po czym francuz wyszedł, gdyż musiał wracać do swoich obowiązków. Zostawił mnie samą z natłokiem myśli, które uciekały się do nikogo innego jak do Stylesa. 



Hej kochani ♥ Wybaczcie, że musieliście tak długo czekać na nowy rozdział. :) Myślałam, że przez wakacje będę mieć więcej czasu i przede wszystkim natchnienia, a tu na odwrót, bo to drugie szwankuje.

Ahhhh już polowa wakacji przeminęła, a ja nawet nie wiem kiedy :D Mam nadzieję, że dobrze się bawicie i dużo balujecie ;*

PS. Co myślicie o nowym "słodszym" imagu strony?? ;)

6 kom = neeeeeext ♥

Liebster Award

Cześć wszystkim! Dostałam nominację do "Liebster Award" od Jade Malik. Dziękuję bardzo kochanie! ;)


Odpowiedzi na pytania:

1. Jak masz na imię?
    Aga

2. Skąd pochodzisz?

 Z okolic Krakowa

3. Jaki jest twój ulubieniec z 1D?

 Chyba nie mam ulubieńca :) Wszystkich kocham równe mocno. 

4. Czy słuchasz jakiś innych zespołów?

    Tak :) Tokio Hotel, The Vamps.

5. Ulubiony film?
 "Zakochana Złośnica" 

6. Ulubiona książka?

 "Lucas" - Kevin Brook

7. Ulubiony kolor?

 Hmm... Różowy 

8. Jaki jest twój ulubiony przedmiot w szkole?

 Język angielski 

9. Za co kochasz 1D?
    
 Za to jacy są, że są sobą, że sodówka nie uderzyła im do głowy, że zawsze bez względu na wszystko są razem, za to, że są tacy "głupi", że aż słodcy, że nas wspierają, że kochają nas równie mocno, jak my ich, za to że po prostu są.

10. Ile masz lat?
W środę bd 18 *.*

11. Jakie masz hobby?

 Amatorskie pisanie ff's o 1D, nauka angielskiego, amatorskie śpiewanie :)



Blogi, które nominuję:

1. http://directionersarebeautiful.blogspot.com/ 2. http://angels-love-1d.blogspot.com/
3. http://story-of-magic-lovee.blogspot.com/
4. http://i-need-a-tough-lover.blogspot.com/
5. http://love-change-your-life-1d.blogspot.com/
6. http://one-direction-my-live.blogspot.com/
7. http://dont-let-me-dont-let-me-go.blogspot.com/
8. 
http://unlucky10maybe11willbehappy.blogspot.com/9. http://about-us-harry-styles.blogspot.com/
10. http://i-miss-for-everything-we-do.blogspot.com/
11. http://never-be-well.blogspot.com/




Moje pytania:
1. Jakiego koloru są Twoje włosy?
2. Wolisz płytę "Up All Night" czy "Take Me Home"?
3. Czym się interesujesz?
4. Ile masz lat.
5. Jaki jest twój znak zodiaku?
6. Grasz n jakimś instrumencie?
7. Jakie jest twoje stanowisko odnośnie "Larrego"?
8. Gdzie chcesz mieszka w przyszłości?
9. Z którym z 1D poszłabyś na randkę?
10. Masz jakiś ulubiony zestaw ciuchów?
11. Jakiego koloru jest twój pokój?

środa, 2 lipca 2014

You & I - rozdział III



                      Przez cały szkolny dzień próbowałem robić wszystko, by Katy zwróciła na mnie uwagę, a jej rozwścieczone oczy ponownie rozbłysnęły tym samym blaskiem co zwykle, a kąciki ust uformowały się w ten uśmiech, który tak uwielbiam. Nic nie skutkowało. Robiłem głupie miny, specjalnie wymyślałem zabawne odpowiedzi na pytania nauczycieli, mimo to, że znałem poprawne, usmarowałem sobie pół twarzy masłem orzechowym i nawet podłożyłem nogę jej znienawidzonej nauczycielce przez co wysłano mnie w finale do dyrektora Pittsa. Wszystko na marne. Za każdym razem, kiedy się do niej uśmiechnąłem lub chociaż spojrzałem, spotykałem się z jej wzrokiem, którym ewidentnie próbowała mnie zabić. Oh... śmierć z rączek mojej księżniczki jest niczym istny dar od losu. Zauważyłem, że się przebrała. Miała na sobie pastelowo różowe spodnie od dresu oraz pasująca do nich bluzę na suwak, spod której wystawał fragment jej białego t-shirtu. Wyglądała uroczo. Przecież to Katy! Ona już ma tak z natury... że jest urocza. „Jest urocza i już. O ile „urocza” to nie nazbyt ubogie słowo w przekazie by określić jej jestestwo. Tak „urocza” jest zdecydowanie zbyt płytkie do tego, by ukazać jej anielskość. Tak... anielskość, kruchość oraz siła, która stoi za kruchością tej istoty jest rozczulająca. O rany! Horan! Gadasz jak jakiś Nobel czy inny Einstein!” - wykrzyknąłem z samozachwytem. Wtedy właśnie zorientowałem się, że od jakiegoś czasu zdziwione oczy całej klasy łącznie z nauczycielką matematyki zwrócone były w moją stronę. Nie rozumiałem o co im wszystkim chodzi. „Pewnie to ktoś z ostatniej ławki coś zrobił...” - pomyślałem i obróciłem się za siebie... a tam? Bęc! Za mną nie siedział nikt, bo to ja byłem w ostatniej ławce! Teraz to już było pewne, że przez jakiś czas mamrotałem sam do siebie na głos i wszyscy, dosłownie wszyscy WSZYSTKO słyszeli.
- Niall... ale pojechałeś stary... - szepnął Tomlinson po czym wybuchnął śmiechem, a wraz z nim reszta osób siedzących razem ze mną w tym pomieszczeniu.
- Spokój! - próbowała ich przekrzyczeć nauczycielka – Proszę o spokój! - ponownie wrzasnęła, ale nikt nie zwrócił uwagi. - Cicho! - uderzyła dziennikiem o biurko. Nagle głosy i śmiechy zaczęły cichnąć, a wewnątrz zapanowała niepokojąca, głucha cisza. - Panie Horan. - zaczęła – Nie mam pojęcia czemu miały służyć te wywody. - usiadła na brzegu ławki – pragnę ci jedynie przypomnieć, ze znajdujesz się w klasie, na mojej lekcji, piszesz test sprawdzający twoją wiedzę – mówiła wolnym, łagodnym tonem – więc zajmuj się proszę testem, a nie wygłaszaniem jakiś sonetów bo to nie jest żadna opera mydlana, tylko szkoła! - wrzasnęła ni stąd ni zowąd.
- Przepraszam... - posmutniałem jeszcze bardziej. - Dostałem rolę w takiej jednej sztuce pod tytułem „I love my Potatos” i tak mnie jakoś natchnęło na szybkie przećwiczenie roli. Przepraszam. To się już nie powtórzy. - przesłałem jej wymuszony uśmiech i powróciłem do sprawdzianu. Z jednego się tylko cieszyłem, że Katy nie ma teraz lekcji ze mną.
Kiedy czas przeznaczony na pisanie minął, oddałem kartkę i wyszedłem z klasy. Nie musiałem długo czekać, aż reszta moich przyjaciół za mną przybiegnie.
- Jak wam poszło? - zapytałem jak gdyby nigdy nic.
- Dobrze. - uśmiechnął się Liam wyjmując z torby butelkę z niegazowaną wodą mineralną po czym odkręcił zakrętkę i wypił zawartość do dna.
- A ta przemowa na matmie była na temat Katy. Zgadza się? - zapytał Styles bacznie się mi przyglądając.
- No a jak myślisz? - przesłałem mu spojrzenie pełne wyrzutów, że w ogóle ośmielił się poruszyć tenże temat. Chociaż swoją drogą, gdyby on tego nie zrobił, to pewnie ja po chwili sam zacząłbym nawijać jak najęty.
- Niall kiepsko jest. - westchnął Tomlinson.
- Czemu? - zapytałem patrząc się gdzieś w sufit.
- Bo już nawet nie mam sił ciskać w ciebie moją niewybredną ciętą ripostą. - położył dłoń na moim barku, z miną na twarzy, jakby składał mi kondolencje.
- Odpuść sobie. - odparłem zrezygnowany.
- Gadałeś z nią dzisiaj? - zapytał Payne.
- Nie, no co ty. - rzekłem półgłosem.
- Dlaczego? - zdziwił się.
- Bo ona nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Jestem kołkiem i tyle w tym temacie. - wkurzyłem się.
- No proszę cię. Kobiety są proste w obsłudze. Musisz tylko pamiętać o tym, że zawsze na każdym kroku musisz prawić jej komplementy, przepuszczać w drzwiach, zwracać uwagę na jej strój i dopuszczać ją do głosu, chociażby nie wiem jak nudna była, bo to się w końcu opłaci, jeśli wiesz co mam na myśli. - wyszczerzył się i zafalował brwiami – Takie na ogół nieistotne pierdoły, a kobiety się rozpływają. Musisz pamiętać o tym, żeby nie dawać jej siebie od razu na tacy. Bądź też trochę obojętny. Na początku ją rozpieszczaj, spraw aby przyzwyczaiła się do twojego szarmanckiego podejścia, a nawet uzależniła od niego, a potem zignoruj ją jeden raz, drugi, aż w końcu zatęskni i przyjdzie do ciebie na kolanach. Będzie twoja. Wiem co mówię. - stwierdził z samozachwytem.
- Mógłbym tak zrobić, gdybym był zimnym draniem. Nie mam zamiaru uzależniać od siebie Katy, ani traktować jej tak przedmiotowo, jakbyś zrobił to ty. Ja chcę tylko być jej przyjacielem, powodem dla którego się uśmiecha, chcę by wiedziała, że zawsze będę przy niej bez względu na to co się wydarzy lub co od niej usłyszę. Chcę żeby wiedziała, że ją kocham, nawet jeśli ona kocha kogoś innego. Nie będę miał z tym problemu, dopóki będzie szczęśliwa. - rozmarzyłem się. Zapanowała niezręczna cisza, którą po chwili przerwał Liam.
- Niall... - szepnął.
- Co?! - wyburzyłem.
- Stoisz na środku korytarza. Katy chce przejść. - dodał. Osłupiałem.
- Yyy... t-tak, tak, jasne. - przesunąłem się. Moje ruchy były nienaturale, spięte.
- Idź! - warknął półgłosem Styles i wskazał mi ręką dziewczynę, która się właśnie od nas oddalała. Posłuchałem. Co mi szkodziło.
- Katy! - zawołałem. - Katy! - krzyknąłem ponownie, kiedy dziewczyna mnie zignorowała. Wziąłem głęboki wdech i pobiegłem za nią. Udało mi się ją szybko dogonić. - W końcu cię złapałem. - szczerze się ucieszyłem.
- Stało się coś? - zapytała unosząc lewą brew ku górze.
- Nie, nic, ale chciałem ci powiedzieć, że ślicznie dzisiaj wyglądasz. - uśmiechnąłem się. Czułem jak palący rumieniec oblewa moją twarz.
- Biegłeś za mną tylko po to, żeby mi to powiedzieć? - zirytowała się troszkę. - Mam na sobie strój sportowy, bo nie wiem, czy pamiętasz, ale przez ciebie na mojej bluzce wylądował kubek z kawą.
- Przecież wiesz, że nie chciałem. Nie zrobiłbym umyślnie czegoś takiego dziewczynie, która... - nagle odebrało mi mowę. Zagalopowałem się.
- Która co? - zaciekawiła się Katy.
- Która jest taka fajna. - palnąłem bez zastanowienia.
- Nie znasz mnie. Nie wiesz, czy jestem fajna, czy może jestem seryjnym mordercą w przebraniu nastolatki. - odparła mierząc mnie wzrokiem.
- Jesteś zbyt urocza na to by nim być. - ponownie się do niej uśmiechnąłem.
- Niall do rzeczy, błagam. - przewróciła oczami.
- Do rzeczy? - zapytałem ze zdziwieniem.
- Tak. Powiedz mi co jeszcze chcesz ode mnie. - poprosiła zatrzymując się pod swoją szafką na końcu korytarza, z której wyjęła jakąś książkę.
- To twoja lektura? - zaciekawiłem się.
- Naill, streszczaj się. - upomniała mnie ponownie.
- Okay. Nasz wypad jest nadal aktualny? - zapytałem.
- Jaki wypad? - zmarszczyła brwi.
- No do projektu. - wyjaśniłem.
- To tylko zadanie. - wzruszyła ramionami. - Okay. I tak musimy to zrobić więc wpadnę do ciebie. - rzuciła i poszła w sowim kierunku.
                         Niczego nie rozumiałem. Wczoraj była taka słodka, kochana i miła, a dzisiaj? Zachowuje się jakbym udusił jej kota czy inną papugę, a potem ugotował i zjadł nie zapraszając jej na ucztę. Tak wiem, kiepskie porównanie. Katy dzisiaj była oschła i nieuprzejma. Nie zasłużyłem na aż tak nieprzyjemne traktowanie. Nic takiego przecież nie zrobiłem. Chciałem tylko ją przeprosić, fakt, poplamiłem jej ubranie, ale to nie było tylko i wyłącznie moja wina. No nic. Mimo to uważam, że jest jedyna w swoim rodzaju i nie mogę się doczekać na naszą wspólną naukę. Kocham ją.
- No i jak? Stoisz tu już od dobrych pięciu minut, a ona sobie poszła. - zauważył Louis podchodząc do mnie z resztą chłopaków.
- Nijak. - wymamrotałem. - Ładnie ją przeprosiłem, powiedziałem, że ładnie wygląda, słuchałem co ma mi do powiedzenia, nawet zapytałem o książkę, którą teraz czyta bo chciałem jej pokazać, że mnie to interesuje co się z nią dzieje. A ona? Ona nic. Gadała ze mną jak z intruzem.
- No proszę ktoś tu się jednak stosuje do moich rad. - zaśmiał się Styles.
- Tak jakoś wyszło. Widzimy się dzisiaj po szkole. I słowo, że jeśli będzie w takim samym humorze jak teraz, to obiecuję, że mimo to, że ją kocham, to zakopię ją pod pierwszym, lepszym drzewem. - uderzyłem pięścią w jej szafkę.
- Nie poznaję cię. Stary... - zmartwił się Liam. Jak zwykle. Liam zawsze się o wszystkich martwił i jeśli mam być szczery, to gdybym miał jakiemukolwiek facetowi odstąpić Katy, to właśnie jemu, bo miałbym pewność, że ją uszczęśliwi i nigdy za nic w świecie nie doprowadzi jej do łez.

                        Po szkole jak zwykle udałem się prosto do domu. Pokonałem drogę od werandy, przez długi korytarz aż do kuchni, gdzie czekał już na mnie pyszny obiad, niemalże w biegu. Rzuciłem plecakiem w kąt w kuchni, przez co usłyszałem zbulwersowane chrząknięcie mojej mamy. „Wezmę go idąc na górę” - odparłem i zabrałem się za pałaszowanie. Byłem strasznie głodny – jak to ja. Jedzenie wypełnia moje życie.
- Skarbie... - zwróciła się do mnie ciepło mama siadając naprzeciwko mnie na taborecie, który przestawiła spod okna do stołu, aby byś bliżej mnie. - Wszystko dobrze? - zapytała, a ja kiwnąłem twierdząco głową. - Jesteś jakiś blady. Nie boli cię czasem głowa, albo nie przeziębiłeś się? Mówiłam ci, że już najwyższa pora się cieplej ubierać. - usłyszałem.
- Nic mnie nie boli z wyjątkiem serca. - odparłem odkładając na bok prawie pełny talerz zupy. Nagle straciłem apetyt.
- Serce? Tego nie wolno lekceważyć! - zmartwiła się nie na żarty. - Ubierz się, pojedziemy do doktora. Musi cię przecież przebadać.
- Mamo, ja nie w tym sensie. - uśmiechnąłem się do niej blado. - Ach, miłość boli. - westchnąłem i oparłem łokcie o stół tym samym podpierając głowę dłońmi.
- Kate? - zapytała z troską.
- Katy! - wrzasnąłem aby uzmysłowić jej, że nie wolno bezcześcić jej pięknego imienia jakimś tam pospolitym „Kate”.
- Niall, uważaj do kogo mówisz. Myślisz, że masz przed sobą Louisa? - zapytała marszcząc brwi.
- Przepraszam mamo. - westchnąłem. - Mam dzisiaj słaby dzień. Katy jest na mnie wściekła. Ona ma mnie za gbura. Rozumiesz? - spojrzałem głęboko w jej oczy.
- To niemożliwe. - pokiwała przecząco głową. - Chyba oszalała. Ta dziewczyna jest głupia, skoro ma o tobie takie zdanie synku. - uśmiechnęła się do mnie ciepło. - Zwyczajnie nie jest „tą jedyną”. Znajdziesz jeszcze kiedyś kogoś, kto cię pokocha tak mocno jak tylko na to zasługujesz.
- Chcę tylko jej. Czy ja serio jestem aż taki straszny? - zapytałem z miną zbitego psa.
- Jesteś wspaniały – wstała od stołu i podeszła do mnie, po czym mnie do siebie przytuliła. - Mój kochany, przystojny, zabawny skarb. Kocham cię. - musnęła moje czoło.
- Ale ona nie. - wzruszyłem ramionami.
- Jeśli jest ci pisana, to też cię kocha, ale jeszcze o tym nie wie. - ponownie musnęła moje czoło, po czym wyszła z kuchni. - Dokończ obiad. - rzuciła z korytarza.
- Nie mam ochoty. - wzruszyłem ramionami i również wstałem od stołu, po czym sięgnąłem po mój plecak i udałem się do pokoju, w którym będąc ponownie cisnąłem nim w jeden czterech kątów pomieszczenia. Już miałem sięgać po gitarę – jedyną odwzajemnioną miłość, którą jest mi dane zaznać w moim nędznym życiu – aż tu nagle usłyszałem wołanie mamy. Bez chwili namysłu wybiegłem z pokoju i ruszyłem w dół schodów. Znalazłem się w salonie.
- Jesteś. - uśmiechnęła się do mnie mama. - Masz gościa. - dodała. Ta zapowiedź była zbędna bo postać Akerly zauważyłem już będąc na samym progu.
- Cześć. - rzuciłem z chłodem.
- Hej – uśmiechnęła się.
- Nie masz dzisiaj deski? - zapytałem próbując jakoś miło zacząć naszą rozmowę.
- Deska odpoczywa. - zaśmiała się.
- Fajnie. - wzruszyłem ramionami. - To idziemy? - zapytałem.
- Jasne. - odparła i podniosła się z kanapy na której jak dotąd siedziała. - Dokąd mnie zabierasz?
- Do lasu. - rzuciłem wychodząc z salonu i kierując się w stronę drzwi wyjściowych obok których znajdowała się moja kurtka, którą na siebie zarzuciłem i otworzyłem dębowe drzwi przepuszczając ją w progu. Jakoś ciężko jest mi sobie wyobrazić nasz wspólny dzień.
   ***Katy***
                         Będąc pod domem Horana ponownie poczułam ten dziwny niepokój przed przekroczeniem progu. Nie wiem, co może mnie za nim czekać. Jeśli jakiś psychopata – mam na myśli tego blondyna – wyskoczy zza drzwi i wymierzy ciastem prosto w moją twarz, lub co gorsza młotkiem! Po nim można się wszystkiego spodziewać. Dzisiaj rano mało brakowało, a zdrapywaliby tłustą plamę, która by po mnie została ze szkolnego chodnika. Grunt, że mojej deskorolce nic się nie stało, bo Horan zostałby bez zębów. Wczoraj byłam do niego w miarę przyjaźnie nastawiona, ale dzisiaj zrozumiałam, że będąc w jego towarzystwie powinnam chodzić w pancerzu ochronnym. Chcę tylko tam wejść, iść z nim gdzie mam iść i szczęśliwie w JEDNYM kawałku wrócić do domu.
                         Kiedy nie było już odwrotu, gdyż zadzwoniłam na dzwonek, a jego mama mi otworzyła, weszłam do środka. Nigdzie nie widziałam Horana. Zaprowadzono mnie do salonu, gdzie usiadłam na kwiecistej kanapie. Nigdy nie przepadałam za motywami roślinnymi, ale kanapa w ich domu dobrze zgrywała się z Irlandzkim wystrojem wnętrza. Po jakiejś chwili przyszedł Niall. Był dziwny... o ile „dziwny” to nie jest jego stan normalny. Tak czy siak rzucił „cześć” jakby od niechcenia, a kiedy zapytana o moją deskę, udzieliłam mu odpowiedzi, to wzruszył lekceważąco ramionami. Spróbuję być dl niego miła, ale jeśli tylko mnie wkurzy, to obiecuję, że o własnych siłach nie wyjdzie z tego lasu. Co to w ogóle za pomysł, by do zabierać mnie do lasu?! Nie cierpię tego całego obcowania z naturą. To jest obrzydliwe! W lesie jest pełno pająków, ślimaków pełzających po grzybach, komarów, kleszczy i innego dziadostwa. Chociaż tyle, że jest już prawie listopad, więc może choć część z nich zdążyła już zapaść w zimowy sen.
- Masz aparat? - zapytał, kiedy wkraczaliśmy na jakąś leśną ścieżkę.
- W telefonie. Nie obraź się Niall, ale co urzekającego i pięknego ma być w tym lesie? Las jak każdy inny. - burknęłam.
- Zapach, kolory, dźwięki. - odparł idąc przodem.
- Śmierdzi wilgocią i grzybami, kolory są typowe dla jesiennego lasu, a ptaków jakoś nie słychać. - przewróciłam oczami.
- Może byś je usłyszała, gdybyś mówiła o pięć tonów ciszej? - rzucił od niechcenia.
- Mówię prawie szeptem. - wkurzyłam się. - Arogancki dupek! - wyszeptałam.
- Co? - niedosłyszał.
- Nic. - wzruszyłam ramionami i pociągnęłam go za rękaw kurtki, co miało sugerować, by na mnie poczekał, bo ledwie za nim nadążam.
- Możesz mnie nie szarpać? - zapytał nadal idąc jak się mu podoba.
- Mogę. - zmarszczyłam brwi i marzyłam, by dobił do drzewa. - Daleko jeszcze? - zapytał.
- Już prawie jesteśmy. - usłyszałam.
Po jakiś dziesięciu minutach marszu za Horanem w końcu zatrzymaliśmy się gdzieś pośrodku puszczy, gdzie znajdowało się małe jeziorko czy sadzawka, sama nie wiem co to było. Wyglądała magicznie. Wszędzie dokoła panowała mgła i zaczął zapadać zmrok. Kolorowe liście beztrosko dryfowały po tafli chłodnej wody, w której było zanurzone kilka drzew. Gdzieś w oddali dostrzegłam łabędzie.
- One zawsze pływają razem. Jeśli się ze sobą zwiążą, to są razem aż do śmierci. - usłyszałam z ust blondyna, który stał tuż obok mnie.
- Słucham? - zapytałam wyrywając się z transu.
- Łabędzie. - uśmiechnął się do mnie, chyba zauważył, że się im przyglądałam.
- Są śliczne. - odparłam i wyjęłam telefon z kieszeni spodni. - To... robię zdjęcie. - uśmiechnęłam się uruchamiając aparat, który wykonał kilka, dość solidnych zdjęć.
- Nie sądzisz, że to głupota, że szliśmy tu tylko po to, aby zrobić zdjęcie jakiejś sadzawce? - zapytał nagle.
- Trochę. - wzruszyłam ramionami. - Strata czasu. - dodałam.
- Zgadza się. - westchnął. - Przecież każde miejsce jest piękne na swój sposób. Nie sądzisz?
- Tak. Wszystko tylko zależy od nastawienia. - zgodziłam się z nim.
- Bo co niby jest pięknego w starym, praktycznie zapomnianym przez Irlandczyków lesie, skoro nie ma tam ludzi?
- Nic. Bo nie ma w nim ludzi, więc nie ma kto podziwiać jego piękna. Dopiero jak ktoś tu jest, jest w stanie dostrzec jego piękno.
- Piękno opuszczonych, zapomnianych przedmiotów nie istnieje. Jak mogą być one piękne, skoro nie ma nikogo, kto by je wspominał i nadal się nimi zachwycał? One przepadają. Bezpowrotnie. - stwierdził. Nie do końca rozumiałam tej wymiany zdań, ale daje się, że znaleźliśmy cienką nić porozumienia. Może nasza rozmowa była dziwna i nieskładna, ale ja rozumiałam wszystko. Doskonale wiedziałam co miał na myśli, nawet jeśli niezgrabnie ubrał to w słowa.
Kiedy zmrok się coraz mocniej pogłębiał, uznaliśmy, że czas się zbierać. Szliśmy tą samą drogą. Ja nie do końca jeszcze orientowałam się, gdzie się dokładnie znajdujemy, więc zdałam się na Nialla. Przecież on znał ten las.
- Proponuję iść na skróty, bo noc nas zastanie zanim stąd wyjdziemy idąc tą drogą, co wcześniej. - odezwał się nagle przystając.
- Okay. Ty znasz te okolice, nie ja. - odparłam i ruszyłam za nim. Weszliśmy w jakieś krzaczyska, przez które musieliśmy się przedzierać jakiś czas.
- O cholera. - usłyszałam nagle.
- Co jest? - zapytałam z lekkim niepokojem.
- Patrz, strumień. Jak tu byłem ostatnio, to nie było w nim ani grama wody. - wyjaśnił.
- No i w czym problem? - zapytałam.
- Musimy go przeskoczyć. - oznajmił.
- Chyba śnisz! - wkurzyłam się. - Nie ma mowy, żebym skakała przez jakiś głupi strumień. Zapomnij.
- To wolisz tu nocować? - zapytał. - Proszę bardzo.
- Weźmiesz mnie na barana? - zapytałam z błagalną miną, a chłopak kiwnął twierdząco głową. Natychmiastowo wskoczyłam na jego plecy i mocno oplotłam go ramionami aby nie spaść.
- Gotowa? - zapytał. - To skaczę! - krzyknął radośnie i co? No właśnie!
- Hej, wszystko okay? - zapytał mnie, kiedy właśnie zażywaliśmy kąpieli błotnej.
- Żyje. - odburknęłam. - Do cholery! - krzyknęłam po czym szybko zerwałam się na równe nogi i zaczęłam otrzepywać moje umorusane błotem ubranie. - Nie mogłeś wpaść do wody, tylko od razu do błota?! Przez ciebie nie będę miała za niedługo czystych ubrań do chodzenia! - podniosłam ton głosu, a ten nadal leżał w błocie i chichotał jak mała dziewczynka. - Z czego się śmiejesz? - zapytałam na skraju załamania nerwowego.
- No … bo to jest akurat zabawne! - wybuchnął śmiechem. Próbowałam być twarda, ale szybko zaraził mnie swoim dobrym humorem. Nawet nie wiem kiedy zaczęłam zanosić się gromkim śmiechem wraz z nim. Po jakiś dziesięciu minutach, kiedy Niall w końcu się uspokoił i szanownie podniósł tyłek z mokrego, lepkiego, zimnego błota, raczył nas oboje wyprowadzić z tego lasu. Szliśmy chichocząc z byle czego ulicami Mullingar. Mijający nas ludzie, brali nas za parę włóczęgów. Chłopak zaproponował, że odprowadzi mnie pod dom. Zgodziłam się. Co w tym niby złego?
Kiedy staliśmy już pod moim domem i w spokoju rozmawialiśmy, dobiegły nas męskie głosy.
- No proszę, proszę, jaki womanizer! - krzyknął jeden z dwóch mijających nas chłopaków. Obojgu rozpoznałam. Byli to przyjaciele Nialla. - Bestia z ciebie Horan. - dodał po chwili. O ile dobrze pamiętam nazwisko, to był to Tomlinson. Niby mamy razem dwie lekcje, ale szczególnie nie zwracałam na niego uwagi.
- Idziesz czy nie? Czekamy na ciebie Horan. - odezwał się drugi Stykes, Styles czy jak mu tam. Niall zawstydził się trochę.
- No cóż, na mnie już chyba pora. - powiedział, po czym rzucił na odchodne „narka” i wraz ze znajomymi poszedł w swoim kierunku.
                            Nie sądziłam, że to powiem, ale nawet daje się lubić. Jest sympatyczny i przystojny, ale nawet to nie zmienia faktu, że to straszna oferma. Pewnie jutro znowu dokona zamachu na moje życie.


W końcu pojawił się Horanek ;) Mam nadzieję, że W nie zanudziłam, bo prawdę mówiąc, dzisiejszy rozdział jakoś mi nie wyszedł, no ale cóż, dodaję go, bo dawno już nie było tutaj Niallera :D
Dziękuję wszystkim, który tutaj jeszcze zaglądają i poświęcają czas moim ff. Jesteście kochani, wiecie? ♥

6 kom = następny rozdział Horanka :)

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Rozdział VI - Story of my life



                Od wyjścia Liama, mój stan psychofizyczny się znacznie pogorszył. Na nowo zacząłem się obwiniać o to, że ona wyjechała. Wypiłem trochę za dużo i straciłem siłę oraz równowagę w nogach. Z ledwością doczołgałem się po schodach na górę do jej pokoju, w którym nadal unosił się w powietrzu zapach jej perfum – połączenie maliny, płatków róży oraz bursztynu – wszędzie rozpoznałbym ten zapach. Ciężko było mi powstrzymać łzy, gdy opadłem na jej łóżko, moja głowa spoczęła na miękkiej, jasnoróżowej poduszeczce z małym aniołkiem. Należała do niej. - Nie zaśniesz... - wyszeptałem do samego siebie dławiącym się głosem – Nie zaśniesz bez niej, przecież wiem. Kochanie, zapomniałaś o swoim aniołku. - bełkotałem do samego siebie. Maddie cierpi na bezsenność, jeśli nie śpi na swojej ulubionej poduszce, którą ma od dziecka. Wtuliłem się w nią z całych sił i zacząłem gładzić jej materiał przypominając sobie, jak jeszcze zeszłej nocy na niej spała. Myślałem, że jej wyprowadzka to tylko kolejna z jej desperackich, nieprzemyślanych zagrywek, że zaszyje się na dwa dni w jakimś luksusowym hoteliku w Londynie i kiedy jej fochy się skończą to wróci do mnie na kolanach. Chyba się nieco przeliczyłem. Nie przypuszczałem, że jest zdolna do tego, żeby spakować niemalże wszystkie swoje rzeczy i ot tak wsiąść na pokład samolotu do Francji. Swoją drogą, ciekawe jaka jest w pogoda w Paryżu...? Tutaj, w Londynie standardowo pada chłodny deszcz, którego krople beztrosko rozbijają się o metalową powierzchnię parapetu tworząc charakterystyczny podźwięk, który nie licząc moich pojedynczych wdechów i wydechów jest jedynym dźwiękiem w tym domu. Pustka i głusza, która tu zapanowała sprawia, że nie jestem w stanie nawet pozbierać myśli. Przez cały czas staram się myśleć o Maddie, jednak wszelkie moje myśli są zabłąkane i się powtarzają, a ja sam mało co z nich rozumiem. Martwię się o nią – to jest pewne. Nie wiem jak się czuje, czy jest w końcu szczęśliwa, czy zaczyna wszystko od nowa. Nie wiem, czy też jeszcze o mnie rozmyślała tej nocy nie mogąc spać, bo ja o niej tak. Nie mam nawet pewności, czy kiedykolwiek ją jeszcze zobaczę, czy będziemy mieć ze sobą jeszcze coś wspólnego poza sprawą rozwodową, która teraz jest już tylko kwestią czasu. Może ten rozwód to nawet dobry pomysł. Nie chcę, żeby była ze mną, skoro musi płacić za to tak wysoką cenę. Liam zasługuje na nią bardziej. Zawsze był jej oparciem, troszczył się o nią, kochał ją bez względu na jej karierę. Wciąż potrafił dostrzec w niej to, co ja z biegiem czasu przestałem zauważać. Z nim byłaby szczęśliwsza. On nie ośmieliłby się podnieść na nią ręki. Zbytnio ją szanuje, żeby chociaż dać sobie prawo do podniesienia głosu w sprzeczce z nią. Znam go i wiem jaki jest. Miałem całą noc, żeby wszystko sobie dokładnie przemyśleć i doszedłem do wniosku, że musimy zakończyć nasze małżeństwo, a majątkiem podzielić się po połowie nie roztrząsając żadnych wymuszonych intercyz i innych głupich papierków, jakie podpisaliśmy przed ślubem wskutek ingerencji mojego menadżera do naszego życia . Niech ona zacznie nowe życie, znajdzie sobie kogoś, niech się zakocha. Teraz może, bo jej kariera i tak już wisi na włosku i nic nie będzie wstanie jej uratować. Stanie się twarzą ogromnego skandalu, a po mnie spłynie to jak po kaczce. Nie mam się czego obawiać. W gruncie rzeczy, to mało mnie już obchodzi to z kim ona się zwiąże. Kocham ją, ale przestał mnie interesować jej los. Jedyne co teraz do niej czuję, to żal i rozczarowanie, a z drugiej strony jestem pod wrażeniem, bo nie doceniałem chyba na początku jej siły – zostawiła mnie, to mówi samo przez się. Teraz ja też ruszę do przodu. Będę ponownie wolnym strzelcem i będę mógł na nowo bez konsekwencji przebierać w panienkach. Może i kiedyś pokocham którąś? Wszystko możliwe.
                Kiedy rano uznałem, że nadszedł czas wziąć się w garść by nie dać jej satysfakcji, że doprowadziła mnie do płaczu,podniosłem się z łózka, udałem się do mojej sypialni i podchodząc jeszcze chwiejnym krokiem do stojącej w rogu szafy, wygrzebałem z niej jakieś pierwsze, lepsze ubrania i poszedłem do łazienki znajdującej się w pomieszczeniu obok, aby się odświeżyć. Po około 30 minutach bezwładnego leżenia w wannie, osuszyłem się, ubrałem czyste ciuchy i postanowiłem ogarnąć trochę salon, który był pełen porozrzucanych piw i butelek z alkoholem, które na dobrą sprawę nawet nie były do końca podopijane. Wszędzie panował nieprzyjemny zapach, więc wywietrzyłem willę otwierając okna na oścież, przez co powietrze wewnątrz się trochę orzeźwiło i było czym oddychać. Biorąc głęboki wdech spojrzałem na wyświetlacz telefonu, który leżał na fotelu. Nie było nic – ani jednej wiadomości. Sam nie wiem na co liczyłem. Myślałem, że tak zwyczajnie, po prostu do mnie napisze? Zadzwoni? Nie ma po co. Byłem przybity, nie miałem na nic ochoty i nic nie wydawało się mieć sensu. To chyba normalne... albo i nie. Właśnie miałem iść i nalać sobie whisky, ale usłyszałem dzwonek do drzwi.
- Nie ma mnie! - ryknąłem. Osoba nie uległa, nadal dzwoniła jak zawzięta. Podbiegłem więc do drzwi i po ich otwarciu nie patrząc na to, kto się za nimi znajduje krzyknąłem na jednym wdechu: -Czego do cholery?!?!
- Tak mnie witasz? - usłyszałem w ramach odpowiedzi roześmiany, kobiecy głos. - Chyba ktoś tu wstał dzisiaj lewą nogą...
- Eva? Co ty tu... - nie zdążyłem dokończyć, gdyż niespodziewanie złączyła nasze usta w pocałunku. 
- Słyszałam od Louisa, że twoja żona ma teraz jakiś pokaz mody w Paryżu, więc o to jestem. Nie cieszysz się? - zapytała i ponownie mnie pocałowała po czym weszła do środka mijając mnie w drzwiach. Wyglądała zjawisko – jak zawsze zresztą. Eva Virgo była kobietą, która potrafiła pobudzić wszelkie moje zmysły już jednym spojrzeniem. 
- Cieszę.. - odparłem. - Ale ona nie ma tam pokazu. - zacząłem.
- To znaczy, że jest w domu? - zapytała siadając na sofie i założyła nogę za nogę. 
- Nie. - kiwnąłem przecząco głową. - Rozstaliśmy się. - ciężko westchnąłem.
- Jak to? - zdziwiła się. - I co teraz? Co z twoim majątkiem? Domem? Jachtem? Przecie ta szmata oskubie cię ze wszystkiego. Mam rozumieć, że jesteś spłukany? - dociekała.
- Nie jestem i nie będę. - odparłem. 
- Kochanie, cieszę się, że w końcu się do niej uwolniłeś – podeszła do mnie i kocim ruchem zarzuciła mi dłonie na kark i musnęła moje usta. - Możesz teraz robić co zechcesz i....w końcu nic nam nie stoi na przeszkodzie... Możemy w końcu powiedzieć całemu światu, że jesteśmy razem. Wyobraź sobie tylko – zaczęła rozpinać suwak moich spodni – Pani Eva Styles, żona Harrego Stylesa z One Direction, najgorętsza para z milionami na koncie. - zaśmiała się – Puścimy tę twoją byłą sukę z torbami... - zamruczała mi do ucha, po czym zaczęła całować moją szyję, następnie uniosła moją bluzkę do góry i popchnęła mnie na sofę, po czym usiadła na mnie okrakiem i zaczęła wtykać język do mojego ucha w celu polizania go.
- Czekaj, czekaj, stop...- przerwałem jej.
- Stało się coś? - zaniepokoiła się. 
- Maddie robiła to inaczej... z wyczuciem... - odparłem doprowadzając moją bluzkę do należytego porządku. 
- Chcesz mi przez to powiedzieć, że nie jestem taka dobra jak ona? - wkurzyła się.
- Nie, chcę tylko powiedzieć, że tam są drzwi. - wskazałem jej palcem kierunek wyjścia. 
- Będziesz jeszcze tego żałować! Obiecuję! - wykrzyczała po czym zabrała się i wybiegła z mojej posiadłości trzaskając za sobą drzwiami, a ja próbując rozładować złość, która zaczęła mnie ogarniać, kopnąłem z całej siły w nogę od szklanej ławy, przez co stolik się przewrócił, a jego szklany blat roztrzaskał się na drobne kawałki. Maddie nigdy nie lubiła tego mebla. Zawsze chciała go wymienić na jakiś antyk, ale ja się upierałem przy tym. Podobnie było z naszymi samochodami, nie pochwalała moich nowych zakupów, ponieważ twierdziła, że sześć aut w garażu to już nadmiar, więc po co mi kolejne, skoro te kilkaset tysięcy, które rocznie przeznaczam na nowe pojazdy, mógłbym dać sierotą lub na rzecz dzieci niepełnosprawnych fizycznie czy też intelektualnie. Nigdy jej nie słuchałem. Zawsze żyłem według własnych zasad nie licząc się z jej opinią czy potrzebami. Teraz dopiero zacząłem zauważać, jaki zgotowałem jej los. Z resztą... nieważne... ona już dla mnie nie istnieje. UMARŁA. Proste? Proste!


*** Maddie***

                Poranny Paryż jest piękny, ale moje oczy oraz wyobraźnia i dusza romantyczki nic sobie z tego nie robią. Wszelkie zmysły rozpamiętują jeszcze Harrego. Całą noc nie zmrużyłam oka. Czegoś mi brakowało... spokoju ducha? Rano wyglądałam niczym prawdziwy posąg człowieka. Makijaż był rozmazany, ciuchy wczorajsze, jedno, wielkie gniazdo na głowie i podpuchnięte oczy. Wstyd się komukolwiek pokazać w takim stanie. Potrzebowałam się odświeżyć. Wzięłam więc potrzebne kosmetyki i ubrania na przebranie do łazienki i odkręciłam kurek z wodą, która nieśpiesznie, niedbale napełniała sobą wannę. Cała łazienka była w marmurze, przyozdobiona kwiatami, świeczkami i lampkami robiącymi nastrój. Kolejne badziewie, na które nie miałam ochoty patrzeć. W łazience zaczęła unosić się para, która pokryła taflę lustra. Kiedy wanna była już prawie pełna, wślizgnęłam się do niej jakby od niechcenia. Uciążliwe myśli nie dawały mi spokoju ani na sekundę. Znużona, zanurzyłam się cała pod powierzchnię wody i tkwiłam tak w bezdechu aż dopóki na dobre nie zabrakło mi powietrza – wtedy się wynurzyłam. W sumie to zawsze czułam do Harrego to co teraz, czyli niechęć, pogardę, żal i miłość, ale nigdy te uczucia nie kumulowały się aż do tego stopnia. Wiem, że powinnam była od niego odejść już dawno temu, właściwie, to już w momencie, kiedy nakryłam go z Evą Virgo. Dlaczego więc tego nie zrobiłam? Chyba zbyt bardzo się bałam, że moja kariera się posypie, albo nie chciałam, żeby dziecko wychowywało się bez ojca. Tak – według tradycyjnego modelu małżeństwa, chciałam mieć z nim dziecko. Od dłuższego czasu miewałam mdłości, więc... myślałam, że moje marzenie się spełniło i nasza rodzina się powiększy... tak się jednak nie stało. Po konsultacji z moim ginekologiem doznałam wstrząsu. Nie byłam w ciąży. Moje mdłości tłumaczył zwykłą niestrawnością, po czym dodał, że nie mogę mieć dzieci. Nie wiedziałam, jak sobie z tym wszystkim poradzić... mój mąż ma na boku inną, ja nie mogę mieć dzieci, a na dodatek łączy nas wszystkich jakiś pieprzony kontrakt, w wyniku którego oboje stracimy wszystko. Tak to już jest – ja nie istnieję bez Stylesa, a on beze mnie. Wczoraj coś we mnie jednak drgnęło. Zrozumiałam, że to nie tędzy droga.
Kiedy woda się ochłodziła, wyszłam z wanny i osuszyłam się białym, hotelowym ręcznikiem, to przeniosłam się do sypialni i dosłownie rzuciłam się na duże, miękkie łoże. Byłam skonana, dopiero teraz poczułam do jakiego stopnia. Zanim jednak zdecydowałam się zamknąć powieki i choć na moment odejść myślami od wszelkich trosk, postanowiłam sprawdzić telefon. Miałam stos nowych, nieprzeczytanych wiadomości. Styles ponownie do mnie napisał..., nie sprawdziłam jednak SMS-ów od niego. W skrzynce było też pełno Perrie, mojego menadżera, stylistki, asystentki oraz Liama. Teraz dopiero skojarzyłam, że nie dałam znać ludziom, którzy dla mnie pracują, że mają „wolne” na czas bliżej nieokreślony. Zaciekawiło mnie, co do powiedzenia ma mi Payne. Z lekką obawą otworzyłam wiadomości od niego.

 

                Żadne ze słów Liama, nie wywarło na mnie wrażenia. Boi się o mnie? Proszę bardzo – nie warto. Jakby nie było, to właśnie on wczoraj doprowadził do takiego, a nie innego obrotu spraw. Nie mam zamiaru z nim rozmawiać. Nasza rozmowa nie miała by najmniejszego sensu. Co by mi powiedział poza tym, że mnie kocha i że przeprasza? To już wiem i mówiąc szczerze te dwa wyznania mają dla mnie nijakie znaczenie. Gdy skończyłam przeglądać telefon, odłożyłam go na stolik nocny znajdujący się po lewej stronie łóżka, położyłam się, przykryłam twarz poduszką i próbowałam zasnąć. Udało mi się to po jakiś piętnastu minutach. Nie wiem nawet jak długo trwała moja hibernacja. Pewnie około pięciu godzin, gdyż gdy się obudziłam, to za oknem była już szarówka. Wstałam z łóżka, rozprostowałam kości i podeszłam do lustra poprawiając to i owo, ponieważ miałam zamiar wyjść z pokoju, a nawet opuścić hotel i udać się w przypadkowym kierunku. Zauważając na szybkie okna wybiegającego na wieżę Eiffela małe kropelki deszczu, stwierdziłam, że pada, więc założyłam na siebie mój biały, zdobiony błyskotkami i koronkami płaszczyk od Altuzarra oraz pasujący do niego czarny parasol od tego samego projektanta. Od samego rana nic nie jadłam, zachciało mi się sushi. Zeszłam więc do hotelowej restauracji. Miałam drobne obawy, że spotkam tam gdzieś tego ordynaryjnego kelnera. Jednak na szczęście nigdzie go nie było. Złożyłam więc zamówienie i czekając na potrawę rozmyślałam, gdzie teraz mogę się udać, w końcu nie bez powodu wyniosłam z pokoju parasol. Gdy otrzymałam już moje upragnione sushi, zjadłam je w spokoju, po czym opuściłam hotel. Na zewnątrz wciąż padało. Zwykle tętniący życiem i zabiegany Paryż, w tym jednym momencie stał się pustym, szarym, nudnym miastem przez które co jakiś czas przedzierało kilka samochodów. Nic dziwnego, że Francuzi wolą spędzić ten wieczór w ciepłym, suchym i przytulnym miejscu, a nie plątać się po wilgotnym, chłodnym mieście. Nie wiedziałam nawet dokąd zmierzam. Każdy kierunek wydał mi się dobry. Przecież co za różnica czy pójdę w prawo, czy w lewo, czy pokonam skrzyżowanie ze światłami, czy też skręcę w jakąś boczną uliczkę. Wszystko mi jedno. Nie boję się o swój los. Jestem w takim stanie, że nic, nawet najgroźniejszy bandyta nie jest mi straszny. To raczej on powinien obawiać się mnie. Kiedy tak chodziłam z nogi na nogę, ociężale połykając chłodne, gorzkie paryskie powietrze i nasłuchując melodii akordeonu, która wręcz unosiła się ku niebu wraz z wiatrem, poczułam, jak ktoś łapie mnie a dłoń. Przestraszyłam się, to oczywiste. Miałam dziwne wrażenie, że to Harry, to byłoby przecież do niego podobne – powrót do gry w wielkim stylu. 
- Czego ode mnie chcesz? - zapytałam odwracając się na pięcie stając twarzą w twarz z osobą, która nadal szczelnie trzymała moją dłoń w swojej. 
- Nie chcę, żebyś się zgubiła. - usłyszałam w ramach odpowiedzi. 
- Znam miasto. - wzruszyłam ramionami i tym samym przesłałam zabójcze spojrzenie. 
- Aha... czyli wiesz, że za rogiem jest ulica Grenouille Chier? - zapytał.
- Oczywiście, każdy prostak o tym wie. - przekręciłam oczami. 
- Ciekawe, szkoda tylko, że w całym Paryżu nie ma takiej ulicy jak Grenouille Chier, a ulica za rogiem nazywa się Rue Danielle Casanova. - parsknął pustym śmiechem. 
- Fabien, Fabian czy jak ci tam – wzruszyłam ramionami – Idź w swoim kierunku, a mnie zostaw w spokoju. - zażądałam.
- Nie mogę. - westchnął – Chciałbym, ale nie mogę. - powtórzył.
- Serio nie masz innej mieszkanki hotelu, którą mógłbyś dręczyć swoim towarzystwem? - zapytałam. 
- Nie. Gdybym miał, to zapewne teraz wtykałbym w nią... - zaśmiał się nie kończąc zdania. 
- Jesteś nieokrzesany. - odparłam i ruszyłam w swoją stronę. Niestety, usłyszałam kroki zmierzające za mną. - Czy ty sobie nigdy nie odpuścisz? - zapytałam idąc dalej. 
- Dopóki nie wylądujemy razem w łóżku, to raczej nie prędko. - zaśmiał się i mnie dogonił. Jakby tego było rozpadało się jeszcze bardziej, a raczej lunęło deszczem. 
- Świetnie... zadymiony Paryż, ulewa i na dodatek ty. - wkurzyłam się.
- Dlaczego jesteś taka? - zapytał chwytając kurczowo moją rękę. 
- Puść mnie, bo zacznę krzyczeć. - odparłam, kiedy wepchnął mnie w jakąś ciemną uliczkę.
- Nie ma mowy. Tutaj i tak nikt cię nie usłyszy wyjątkiem wygłodzonych szczurów. - odparł patrząc mi w oczy.
- Czy ty do cholery zdajesz sobie sprawę z kim ty rozmawiasz? Jestem...
- Madeline Misselbrook... brytyjska supermodelka. - odparł. - I co z tego? Dla mnie jesteś po prostu Maddie. - uśmiechnął się.
- Nie. Nie możesz tak myśleć. - pokiwałam głowa na znak protestu. - Ja jestem kimś znaczącym, cały świat mnie zna i podziwia, jestem diamentem, a ty? Kim ty jesteś? Jakiś kelnerek z pierwszego, lepszego hotelu. Posłuchaj mnie i nie zbliżaj się do mnie. - zadrwiłam.
- Czyli o to chodzi. - zaśmiał się pustym śmiechem. 
- Interpretuj to jak chcesz. - ponownie wzruszyłam ramionami. 
- Za kogo ty się masz? - zapytał półgłosem. - Myślisz, że skoro posuwa cię Harry Styles, twoje zdjęcia widnieją na każdej pierwszej lepszej stronie w internecie, zarabiasz w ciągu tygodnia dwadzieścia razy tyle co ja w ciągu roku, to masz prawo, żeby mną pomiatać? -zapytał. - Wielka celebrytka się znalazła. Ale wiesz co? Powiem ci coś! Rozejrzyj się, widzisz gdzie jesteś? Tutaj nie ma czerwonego dywanu, nie ma paparazzi, którzy stoją w kolejce, żeby ci zrobić zdjęcie, nie ma tłumu który skanduje twoje imię. Nie, tutaj jest ciemna, omijana przez ludzi ulica, na której o tej godzinie czelność mają przebywać tylko szczury. Widzisz te pozaklejane kartonami okna? To są mieszkania. Widzisz to nad tobą? Tam mieszkam ja. Nie wożę się najnowszym Camaro, nikt nie mnie nie prosi, żebym łaskawie uśmiechnął się pozując do zdjęcia, nikt mi nie płaci kroci za to, że oddycham! Zarabiam pracując w hotelu jako kelner, jako barman w nocnym klubie i w wolnym czasie jako malarz pokojowy i to wszystko łączę ze studiami. Może i nie mam pałacu i wysadzanej diamentami fury, ale przynajmniej mam realność, właściwe poczucie wartości i wiem co oznacza ciężka praca oraz szacunek dla ludzi. Czy teraz twoja bańka mydlana pękła? To się właśnie nazywa życie pani gwiazdo. Ktoś musiał ci to w końcu powiedzieć. - wygłosił swój monolog, po czym przez moment patrzył w moje oczy w milczeniu. - Ta gra nie jest warta świeczki. - dodał i odwrócił się na pięcie.
- Czekaj! - krzyknęłam za nim, po czym w ostatnim momencie chwyciłam jego lodowatą dłoń. Chłopak przystanął w bezruchu, a ja chyba uległam chwili... i pocałowałam go. Nie wiem kiedy i jak do tego doszło, co sobie wtedy myślałam, błąd, ja NIE myślałam. Po chwili pocałunek zaczął przeradzać się w coraz głębszy i głębszy... tak głęboki, że zawiódł mnie aż na drugie piętro kamienicy prosto do jego sypialni.



Cześć wszystkim ;) Troszkę musieliście czekać na kolejny rozdział... równy miesiąc o.O. Wiem, że obiecałam Wam, że pojawi się znacznie wcześniej, ale wystąpiły pewne komplikacje, a mianowicie kiedy rozdział był już gotowy, to mój komputer się zbuntował przeciwko mnie i przez to musiałam go pisać od nowa, więc mi troszkę dłużej zeszło, a na dodatek mam teraz jeszcze dość zwariowany okres w życiu osobistym i zwyczajnie nie miałam czasu dodać go wcześniej :). Mam nadzieję, że się nie złościcie :).

Każdy kom = uśmiech na mojej twarzy xx 

poniedziałek, 5 maja 2014

Rozdział V - Story of my life




                 Odkąd pamiętam, marzyłam o wolności. Chciałam mieć prawo do rozwinięcia skrzydeł i robienia wszystkiego, czego potrzebowało moje serce w konsultacji ze zdrowym rozsądkiem. Chciałam mieć prawo do popełniania własnych błędów i do prywatności, której zwykle nie otrzymywałam. Kiedy w moim życiu pojawił się Harry Styles, wszystko stanęło na głowie, a ja byłam najszczęśliwszą kobietą na ziemi. Nie każda przecież mogła czuć ten dreszcz, zawrót głowy, kołatanie serca i ucisk w dołku, który czułam ja za każdym razem, kiedy mnie całował, lub chociaż przypadkowo musnął dłonią jakiś fragment mojej skóry. Wiem, że przede mną było wiele szczęściar, które miały szansę zasmakować jego czułych pieszczot i słówek, ale nie musiały za nie płacić tak wygórowanej ceny, co ja. Teraz pewnie też będzie ich jeszcze dość sporo. Jest wolny. Może mieć wszystko. Ma wszystko. Cóż mi po rezydenci, skoro wiąże się z nią tyle wspomnieć o porannym chłodzie, popołudniowych awanturach, wieczornych ciosach oraz przepłakanych nocach? Tamto miejsce ma raczej wymiar więzienia, w którym można odpokutować wszelkie zawinienia. Niech sobie bierze też cały nasz wspólny majątek. Jemu przyda się on bardziej. Będzie mógł w dalszym ciągu podróżować, kupować nowe dom w różnych zakątkach świata i sprowadzać do nich egzotyczne dziwki. Mogę zostać z niczym, nie robi mi to już różnicy. I tak nigdy niczego nie miałam oprócz niego. Taka jest prawda. Dał i odebrał mi wszystko. Zrobił ze mnie pierwszą damę Wielkiej Brytanii, zaraz po królowej, tylko po to, aby później znienawidzić mnie i chcieć odebrać mi moją dobrą sławę. Wyszłam za mąż, za czułego, wesołego, troskliwego chłopaka, który w nosie miał tę całą popularność, który tak samo jak ja potrzebował normalności i chciał ją odnaleźć. Wyszłam za mąż za faceta, który ślubował mi miłość, wierność i uczciwość małżeńską, a w zasadnie ani jednej z tych trzech rzeczy mi nie ofiarował. Więc dlaczego ja pomimo to, go kocham i chciałabym zawrócić? No właśnie.
                  Harry odciął mnie od świata. Przez niego musiałam zacząć uważać na ludzi i na to, gdzie i z kim jestem widziana. Zapomniałam o moich dawnych przyjaciołach, bo zdaniem menadżera Stylesa, oni wnoszą złą energie do naszego małżeństwa, a żona najjaśniejszej gwiazdy z One Direction, nie może przecież się zadawać z byle kim, bo to źle wpłynie na jego karierę. Posłuchałam – zerwałam kontakt, ze wszystkimi... I co teraz? Przychodzi co do czego i nie mam nawet się gdzie zatrzymać. Mam rzecz jasna do wyboru Zayna i Perrie, Luisa i Eleanor, Nialla oraz Liama, ale oni wszyscy są bliskimi przyjaciółmi Harrego, a Liam na dodatek...szkoda gadać. Byłam w podbramkowej sytuacji i pierwsze co mi przyszło do głowy, to szybka wycieczka na lotnisko. Nie byłam pewna, gdzie i czy w ogóle chcę wyjechać, ale prawdę mówiąc zaczęło mi być już wszystko jedno. Uznałam, że pojadę tam, gdzie, akurat będzie wolny bilet na dzisiejszy lot. Wbiegłam na lotnisko niczym oparzona i nerwowo rozglądałam się po jego wnętrzu, chcąc wypatrzeć „Informację”. Kiedy w końcu udało mi się, stanęłam w kolejce do jednej z pracownic lotniska, która za zadanie miała bukowanie biletów. „Raz się żyje”- pomyślałam. Czułam na sobie wzrok ludzi. Część z nich mnie rozpoznała. Słyszałam szepty typu”To żona Stylesa!” „Nie no co ty to nie Mddie, ona ma krótszy nos”... Kiedy nareszcie nadeszła moja kolej, nachyliłam się nad biurkiem. Sama nie wiedziałam, co robić. Nie chciałam wyjeżdżać, ani też zostawać. Byłam rozbita.
- W czym mogę pomóc? - usłyszałam nagle głos owej kobiety, który wyrwał mnie z zamyślenia.
- Poproszę jeden bilet do Tokio na dzisiaj.- odparłam.
- Do Tokio? Proszę poczekać moment, sprawdzę, czy są jeszcze wolne miejsca. - rzekła, po czym zaczęła sprawdzać coś w swoim komputerze. - Przykro mi, ale nie ma. Najbliższy lot do Tokio, na który może się pani załapać jest dopiero jutro o godzinie 23:15.
- Dobrze. Co w takim razie jest w ogóle wolnego na dzisiaj? - spytałam, po czym głośno westchnęłam.
- Ma pani na myśli wolne miejsca w samolocie, do jakich są miast? - próbowała się upewnić.
- A czy ja niewyraźnie mówię? - zirytowałam się.
- Sprawdzę. - odburknęła. - Wolne są jeszcze miejsca w samolotach do Sydney o 19:30, Los Angeles o 19:40, Nowego Jorku o 20:00, do Warszawy o 19:25, Amsterdamu o 19:20, Moskwy o 20:15 oraz do Paryża o 19:10.
- A którą mamy godzinę? - zapytałam.
- 18:50.
- W takim razie lecę do Paryża. - stwierdziłam.
-Dobrze, już wprowadzę pani dane osobiste do systemu i pobiorę opłatę. - odparła.
                    Nie upłynęło dziesięć minut, a już siedziałam na pokładzie samolotu. Postawiłam wszystko na jedną kartę. Nawet nie wiem, po jaką cholerę tam jadę. „Maddie lepiej było zostać przy Harrym” - wyszeptałam do samej siebie. Teraz już za późno na takie rozważania. Byłam tak mocno pochłonięta myślami o tym, co teraz będzie się działo, jak poradzi sobie Harry i czy nasz rozwód naprawdę będzie oznaczał koniec mojej kariery, że nawet nie spostrzegłam się, kiedy samolot wzbił się ku niebu. Po blisko półtorej godziny byłam już w Paryżu. Gdyby nie to, że właśnie posypało mi się życie, to może dostrzegłabym urok tego miasta. Nie wiedząc, gdzie się dalej udać, poprosiłam taksówkarza, o to, aby zawiózł mnie do najlepszego hotelu jaki tutaj jest. Uczynił jak go prosiłam. „Park Hyatt Vendome”, pod którym mnie wysadził prezentował się dobrze, a nawet rewelacyjnie. Ne wahałam się, czy powinnam wynająć pokój tutaj, czy może szukać innego hotelu. Ten był na poziomie i byle paparazzi nie miałby do niego wstępu, a strzeżenie swojej prywatności jest dla mnie sprawą priorytetową. Pokój, który otrzymałam był ogromny, znacznie za duży jak dla jednej osoby. No nic, po roku samotnego nocowania w pokoju dla gości powinnam była się już z tym oswoić. Nie miałam nawet sił rozpakowywać swoich walizek. Wyjęłam tylko z bocznej kieszonki torebki mój telefon. Miałam w nim kilka nieodebranych połączeń od Harrego i sms'ów, których nie miałam zamiaru czytać. Zostawiłam je więc w stanie nienaruszonym. Po co posypywać solą świeże rany? Zdobyłam się niewielki akt odwagi i odszukałam w książce telefonicznej numer do Perrie, po czym się z nią połączyłam.
- O hej skarbie, właśnie miałam do ciebie dzwonić. Chciałam, żebyś się wybrała ze mną jutro na zakupy. Zayn zabiera mnie jutro wieczorem do restauracji i nie specjalnie mam co an siebie włożyć, a mamy rocznicę. - powiedziała swoim roześmiany tonem blondynka.
- Wybacz, ale nie mogę. Jestem w Paryżu. - odparłam próbując zachować równowagę głosu, aby nie zacząć lamentować do telefonu.
- Co wy tam robicie? Przecież mieliście lecieć do L.A – zauważyła.
- Nie ma ze mną Harrego. - rzekłam łamiącym się już głosem.
- Poleciałaś sama? Rozumiem, że Harry ma sporo na głowie, ale mimo wszystko...
- Ja od niego odeszłam. - przerwałam jej w połowie zdania.
- Co?! - zdziwiła się. - Maddie, ale jak to? Przecież...
- Nie wiesz wszystkiego. - odparłam półgłosem. - Dzwonię tylko, żebyście się o mnie nie martwili. Nie mówcie Harremu, to już nie jest jego sprawa, gdzie jestem. - dodałam i nacisnęłam czerwoną słuchawkę.
***Harry***

                   Zawsze działałem na przekór niej, robiłem wszystko, aby ja upokorzyć i pokazać jej, że są lepsze od niej, a ona jest tylko zbędnym pionkiem w mojej grze. Zawodziłem ją i wykorzystywałem, a ona wybaczała mi wszystko. Ale każdy ma swoją granicę wytrwałości. Na początku próbowała mnie usprawiedliwiać, później z czasem zaczęła czuć do mnie odrazę, a teraz odeszła zostawiając mnie z niczym. Położyła kres mojej karierze kilak godzi temu, kiedy to przez nią pobiłem mojego przyjaciela, a teraz jeszcze dolała oliwy do ognia, bo mnie zostawiła. Przyszło mi już tylko czekać na papiery rozwodowe. Zabierze mi cały majątek i będzie się ze mnie śmiać. A niech go bierze! Niech sobie weźmie dom i całą naszą fortunę! Niech bierze co chce, bo mi nic z tego. Po co mi piękny dom i miliony na koncie, kiedy, ona nie będzie mnie już dłużej chcieć. Popełniłem kilka niewybaczalnych błędów, wiem, ale ją kocham. Zrozumiałem to. Zrozumiałem, że ona jest definicją mojego szczęścia, a sława. Nie życzę jej źle. Chcę, żeby ruszyła na przód i znalazła kogoś, kto ją pokocha równie mocno co i ja, a może nawet i mocniej. Chce, żeby się związała z kimś kto dostrzeże w niej to samo piękno, ciepło i dobroć, o której ja przypomniałem sobie tak późno. Chcę, żeby była najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi i żeby zapomniała o mnie i o tym jakim skurwielem byłem. Niech żyje dalej.
- Było otwarte... - odezwał się znajomy męski głos, który sprawił, że choć na moment zszedłem na ziemię. Siedziałem właśnie w salonie z ugiętymi kolanami podpierając plecami ścianę , tak jakby już za moment miła ulec prawom grawitacji i się zwalić.
- Czego tu chcesz? - zapytałem unosząc wzrok na postać owej osoby stojącej w drzwiach.
- Porozmawiać. - wyszeptał.
- Liam... wyjdź. Proszę cię, wyjdź. - nie wytrzymałem i chowając twarz w dłonie wybuchnąłem płaczem.
- To moja wina. - jego głos zadrżał i poczułem, jak siada obok mnie. - Oboje ją straciliśmy. - westchnął.
- Już wiesz? - zapytałem spoglądając na niego podejrzliwie. - Oboje? To oznacza, że nie jest u ciebie?
- Perrie rozgadała... Podobno jest we Francji. Maddie zadzwoniła do niej, żeby nam powiedzieć, że wszystko gra i że jest w Paryżu. Wszyscy myślą, że ma tam jakąś reklamówkę albo pokaz. Tylko ja, ty i Perrie znamy prawdę.
- Perrie? - chciałem się upewnić.
- Maddie jej powiedziała, że się rozstaliście, ale nie powiedziała o niczym reszcie. Powiedziała tylko...
- Że ma pokaz. - dokończyłem zdanie za niego. - Ona... ona jest sama w obcym mieście, pewnie nie ma dokąd pójść, jest zagubiona, rozbita, wystraszona... Liam, do czego ja doprowadziłem? Widzisz do czego doprowadziłem?! Widzisz kurwa?! Moja żona ode mnie odeszła, bo ma mnie za tyrana! Ma mnie za skurwiela! Rozumiesz to?! Ja ją kocham! Liam, kocham ją! -zacząłem ponownie beczeć.
- Wiem Harry. Ja też ją kocham, ale co z tego, skoro ona woli ciebie? Zawsze wolała... Od samego początku, to ty jej zwróciłeś w głowie, była gotowa zrobić dla ciebie wszystko, a ty... Jesteś moim przyjacielem i cię kocham, ale uwierz, że teraz w dupie mam ciebie, bo ty zasłużyłeś na to, co cię spotkało, ale nie ona. Była dla ciebie za dobra i dobrze o tym wiesz. - usłyszałem.
- Wiem. - pokiwałem twierdząco głową. - Nawet nie wiesz ile ja bym dał by móc ją wziąć w ramiona, pocałować, wyszeptać do ucha, że ją kocham tak jak kiedyś, ile bym dał, za to, żeby mi uwierzyła, że tym razem nie kłamię.
- Rainłeś ją. Sam dobrze wiesz, ile przez ciebie przeszła, jak straciła zaufanie do ludi, jak się odcięła od świata, jak przestała się cieszyć z drobiazgów. Sprawiłeś, że z roześmianej, zawsze zakręconej i beztroskiej Maddie stała się jedną z najbardziej dystyngowanych kobiet na świecie, każdy jej ruch był obserwowany, wszyscy wymagali od niej perfekcji w każdym calu, nie mogła sobie pozwolić na żadne szaleństwo, których wcześniej sobie nie odmawiała, a ty na dodatek obwiniałeś ją o jej sukces, który sam jej zafundowałeś i zdradzałeś ja przy pierwszej, lepszej okazji.
- Potrzebowałem czyjegoś ciepła... albo zwyczajnie chciałem zrobić jej na złość, chciałem żeby cierpiała, żeby poczuła się choć w połowie tak jak ja, kiedy to ona była numerem jeden, a ja tylko stałem w jej cieniu.
- Czy ty siebie słyszysz? Nigdy na nią nie zasługiwałeś! Zniszczyłeś kobietę, która cię kocha całym sercem. Jesteś z siebie zadowolony? - zapytał z wyrzutem.
-Nigdy nie byłem. Chcę jej szczęścia, niech spotka kogoś, z kim będzie tak zwyczajnie, zajebiście szczęśliwa i niech zapomni o mnie, o tobie i o tym wszystkim co się wiąże z nami.
- Nigdy nie zapomni, wiesz o tym. - westchnął. - My też nie zapomnimy.
- Wczoraj się kochaliśmy... oboje nawet nie wiemy jak do tego doszło, wybuchnął między nami żar, a potem zjawiłeś się ty... poniosło mnie i ją spoliczkowałem, a ona się wyprowadziła.
- Dobrze zrobiła. Szkoda tylko, że tak późno się opamiętała. - usłyszałem.
- Liam, błagam cię... wyjdź. - poprosiłem. Payne zrobił jak go prosiłem. Miałem już dość jego kazań. Najgorsze w tym wszystkim było chyba to, że miał rację. Nie zasługiwałem na nią i teraz dostrzegłem, jakim skurwielem byłem. Liam ma rację, dobrze zrobiła wyjeżdżając.


***Maddie***

                  Mogłabym przysiąc, że czas stanął w miejscu. Od momentu, kiedy opuściłam dom wskazówki zegara jakby przestały się przesuwać do przodu, a każda sekunda trwa wieczność. Pewnie Harry ma na odwrót. W końcu jest sam, ma wolną rękę, może sprowadzić sobie do domu Evę. Ona go przecież zadowoli. Znalazł swoja perfekcyjną dziwkę, więc niech się jej trzyma. Ale jeśli ona myśli, że rzuci wszystko dla niej i że ją pokocha, to jest strasznie naiwna. Styles nie wie czym jest miłość. Mogę się założyć, że już wie o tym, że tu jestem. Jeżeli Perrie osobiście się mu nie wygadała, to zrobił to z pewnością jeden z chłopaków. Harry nie robi nic z tym fantem, za bardzo boi się reakcji mediów. Wszystko będzie owiane tajemnicą, całe to moje zniknięcie oraz nasz rozwód. Kiedy dojdę do siebie złożę pozew o rozwód. Tutaj już nie ma czego ratować i oboje o tym wiemy. Chce o nim zapomnieć i zniknąć w cień.
                   Przejrzałam się w lustrze. Wyglądałam strasznie. Nie maiłam nawet na sobie makijażu, moja skóra była blada, a oczy opuchnięte. Wyglądałam niczym zombi. Wyjęłam więc kosmetyczkę z dna torby i robiłam sobie delikatny makijaż. Zawsze lubiłam dobrze wyglądać, nawet kiedy pogrążona byłam w smutku i żalu. Poczułam, że zgłodniałam. Zawsze jestem głodna, kiedy jestem zdenerwowana. Postanowiłam więc zadzwonić do obsługi hotelowej. Nawet nie wiem, co takiego zamówiłam, bo nazwy potraw są w języku francuskim, a to Styles mówi po francusku, a nie ja. Nie upłynęło kilka minut, a kelner z hotelowej restauracji już pukał do moich drzwi.
- Moment! - zawołałam, kiedy usłyszałam pukanie i podeszłam do drzwi, aby je otworzyć.
- Dzień dobry. - usłyszałam i przepuściłam kelnera z wózkiem wypełnionym po brzegi jedzeniem w drzwiach.
- Co to jest? - zapytałam podnosząc pokrywkę jednego z dań.
- Żabie udka. Specjalność szefa kuchni. - odparł.
- A macie może w karcie Hot dogi czy coś w tym guście? - zapytałam niezadowolona z mojego zamówienia.
- Nie, ale przepraszam za moją ciekawość, ale czy supermodelki mogą się tak odżywiać? - zapytał lustrując mnie wzrokiem.
- Wie pan kim jestem? - odparłam pytaniem na pytanie.
- Jak każdy tutaj. - usłyszałam w ramach odpowiedzi.
- Dobrze wiedzieć. - zrezygnowana opadłam na kanapę.
- Hot dogów ani hamburgerów nie serwujemy, ale nieopodal jest wyborna knajpka z fast foodem. - rzekł – Jeśli ma pani tylko ochotę, to za 15 minut kończę pracę i chętnie panią tam zaprowadzę. - zaproponował.
- Zaprasza mnie pan na randkę? - zdziwiłam się jego śmiałością.
- To pani użyła tego słowa. - zaśmiał się. - Próbuję tylko umilić tu pani pobyt, a to że jest pani niezwykle piękną kobietą, trochę mnie onieśmiela. Byłbym nawet w stanie pocałować panią w tym momencie, ale wiem, że ma  pani męża, więc spróbuję się powstrzymać, jednak na niewinny, wspólny wypad na hot doga nalegam. - uśmiechnął się szelmowsko.
- Niech sobie pan nie pozwala! - zbulwersowałam się - Będzie lepiej, jeśli opuści pan mój pokój.
- Wedle życzenia, ale jutro te jest dzień. Będę próbować aż do skutku. - rzekł.
- Jest pan bezczelny! - krzyknęłam półgłosem.
- Możliwe, ale podobasz mi się Madeline. - puścił do mnie oczko.
- Nie mam zamiaru kontynuować tej rozmowy! Proszę stąd wyjść! - dodałam podnosząc ton głosu.
                  Nie rozumiałam tej sytuacji, która miała tu miejsce przed momentem. Jak można być aż tak aroganckim?! Co za bark manier i lekceważący stosunek do kobiet. Z drugiej strony schlebia mi to, że zwrócił na mnie uwagę. Harry już od dawna nie widział we mnie kobiety, tylko swój worek treningowy. A niech go diabli! Jest przeszłością. PRZESZŁOŚCIĄ. Koniec historii. Nie dość, że byłam sfrustrowana zachowaniem tego bezczelnego kelnera, to jeszcze na dodatek w głowie non stop siedział mi Harry i to, że właśnie dzisiaj na dobre się rozstaliśmy. W pokoju jedyną jadalną rzeczą, jaką miałam były owe żabie udka. Wzięłam więc głęboki wdech i ubrałam się w nowe, świeże ubrania i opuściłam hotel. To oczywiste, gdzie się udałam. Nie trudno było znaleźć jedyny fast food na tej ulicy. Bez zastanowienia weszłam do środka i zamówiłam to, na co miałam ochotę, po czym zajęłam miejsce przy jednym wolnych stolików i czekałam na moje zamówienie. Ponownie zaczęłam sobie zaprzątać głowę Stylesem. Po co ja tyle o nim myślę, skoro on już teraz pewnie posuwa tę swoja Evę.
- Czyli jednak się ponownie spotykamy. - usłyszałam czyjś głos i ponownie przycumowałam do brzegu realności. - Przeczuwałem, że przyjdziesz.- zaśmiał się ten sam mężczyzna, który przed momentem dostarczył mi żabie udka do pokoju.
- Byłabym wdzięczna, gdyby usiadł pan gdzie indziej. - odparłam, kiedy zajął miejsce naprzeciwko mnie.
- Mógłbym posłuchać i zająć inne miejsce, ale tutaj jest najlepszy widok na pani piękny uśmiech i pociągający dekolt. - skierował swój wzrok na mój biust.
- Za kogo ty się masz do cholery? - zapytałam jeszcze łagodnym tonem.
- Fakt, gdzie moje maniery? - zapytał roześmiany.- Fabien Bonnet. - przedstawił się.
- Nie pytałam jak się nazywasz, ale kto dał ci prawo, byś się do mnie odnosił jak do swojej starej znajomej. - odparłam z oburzeniem.
- Mój brak dobrych manier i chęć uwiedzenia cię mnie do tego upoważnił. - na jego twarzy zawitał cwaniacki uśmiech.
- Czy ty zdajesz sobie sprawę z kim ty w ogóle rozmawiasz? -zapytałam chcąc mu uświadomić, że nie jestem pierwszą lepszą dziewczyną którą mógł przypadkowo spotkać na ulicy, ale Madeline Misselbrook – brytyjska supermodelka! Cały świat mnie ubóstwia, więc jakim prawem on się do mnie tak odnosi?!
- Z najpiękniejsza kobietą, jaka stąpa po ziemi? - spojrzał głęboko w moje oczy. Błękit jego oczu był głęboki niczym ocean, a uśmiech i barwa głosu hipnotyzowały mnie swoim urokiem. Był pewny siebie i obcesowy. Całkowicie różnił się od Stylesa i to działało na jego korzyść. - Co taka kobieta jak ty robi sama w Paryżu? - zapytał nagle. W tym też momencie przyniesiono mi mojego hot doga.
- Ratuję resztki godności. - odrzekłam i zrobiłam ogromnego kęsa hot doga.
- Słucham? - zapytał nie rozumiejąc moich słów.
- Nieważne. Nie mogę ci powiedzieć, bo jutro pewnie będą wiedzieć o tym wszystkie gazety na całym świecie.
- A może jednak warto się wygadać? Ulży ci. -zaproponował.
- Prze te kilka lat bycia najpopularniejsza kobietą na świecie nauczyłam się strzec swojej prywatności niczym najcenniejszego skarbu. - wyjaśniłam.
- To przez twojego męża? - zapytał.
- Czemu mieszasz do tego Harrego? - zapytałam zdezorientowana.
- Tak mi jakoś przyszło do głowy. - zaśmiał się.
- Aha. - uniosłam lewą brew i ponownie zajęłam się moim hot dogiem. Zjadłam go do połowy, po czym bez słowa podniosłam się z miejsca i opuściłam knajpę bez jakiegokolwiek pożegnania. Ten chłopak mnie irytował jak mało kto. Jadąc windą na ostatnie piętro, usłyszałam jedną z piosenkę One Direction, a konkretnie „Moments”. Będąc już w swoim pokoju byłam ponownie rozbita. Wszystkie wspomnienia wróciły, zarówno te dobre, jak i złe. Nie nacieszyłam na długo świętym spokojem i wylewaniem łez w samotności, bo właśnie rozległo się w moim pokoju głośne pukanie a drzwi. Otarłam łzy i otworzyłam drzwi.
- Co ty tu robisz? - zapytałam z oburzeniem rozpoznając osobę stojąca za nimi, a ona w ramach odpowiedzi namiętnie wpiła się w moje usta. - Co ty wyprawiasz? - zapytałam odpychając mężczyznę od siebie.
- Zapomniałaś się ze mną pożegnać wychodząc z knajpy. -usłyszałam z ust francuza, który najwyraźniej był zadowolony z tego, że mnie pocałował.
- Nie wiem kim jesteś i czego ode mnie chcesz, ale ostaw mnie w spokoju. - rozkazałam i zamknęłam mu drzwi przed nosem.
Za kogo on się ma? Myślałam, ze szczytem jego bezczelności będzie powiedzenie mi, że się mu podobam. On jest niezrównoważony psychicznie i uważa się za jakiegoś amanta. Traktuje mnie przedmiotowo, niczym obiekt seksu.